sobota, 6 kwietnia 2013

Okruch skały w ręku


Wyd.tutajteraz, Siedlce 2012
Andrzej Borkowski (ur. 10.11.1977) jest historykiem literatury, edytorem, krytykiem literackim. Zajmuje się zwłaszcza okresem staropolskim oraz literaturą najnowszą. Debiutował tomem poezji Migracje do wewnątrz (Siedlce 2007). W 2011 r. wydał książkę "Imaginarium symboliczne Wacława Potockiego. Ogród nie plewiony". Mieszka w Siedlcach.





Recenzja:
Okruch skały w ręku

 Andrzej Borkowski wstrzelił się precyzyjnie tytułem zbioru swoich lirycznych przemyśleń w upalne lato 2012 roku – Południe to najgorętsza pora dnia. Autor zapewnia, że: Południe, / takie właśnie jest – jak słońce w środku dnia, / nie ma cienia… Pięknie rozwija ten wątek Artur Ziontek we wstępie do książki.

Autor Południa jest historykiem literatury, krytykiem literackim. Ja jednak patrzę na jego wiersze oczami czytelnika, osoby, która porzuca całą oprawę literacką, a wystawia się na żywy i bezpośredni, ale intuicyjny, kontakt ze słowem poety. Bliskie jest mi tu postrzeganie w stylu Zadie Smith – sprawdzam, co to słowo ze mną robi, czy wnika głęboko, czy unosi się jedynie na powierzchni umysłu i serca.


Zbiór składa się z trzech części. Wybieram się na zaproponowany mi poetycki spacer pierwszym szlakiem wierszy różnych, do którego zachęca szczególnie fotografia Marii Ziontek (s.12). Tropy wiodą przez las i ludzkie serce, idę jednak dość nieufnie, nie dowierzając przewodnikowi, ale „zachwycam się” okrągłym słowem – zbyt oczywistym. Przynajmniej jasno, więc bezpiecznie – kontruję zaraz swój głos wewnętrzny.

W księżycową noc przychodzi samotność – intryguje mnie to zapewnienie, w księżycową noc pójdziemy w otchłań – wreszcie jakaś przygoda w to dłużące się upalne lato, lecz autor rozmyśla się, zaczyna popijać kwaśną kawę i zapewnia, że przeżywa nad nią proste wzruszenia. Chcę w tym miejscu porzucić bohatera opowieści, w tym jego intymnym przeżyciu, lecz ten nagle (wierszem ze str. 19) przyciąga moją uwagę interesującym wyznaniem: Przyzwyczaiłem się postrzegać człowieka statycznie / Kiedyś myślałem że ludzie są monumentalni posągowi / Tak jak bohaterowie pięknych i mądrych opowieści (…).

A potem podrzuca mi jakże interesującą frazę: Lęk jest na dnie wszystkiego (…). Wydaje mi się, że otwiera się we mnie w tym miejscu przestrzeń potrzebna do rozmowy, głębszego porozumienia. W części drugiej, ważnej, bo tytułowej, idziemy szlakiem lęku, wołań i zaklinań. Niespodziewanie milczę, gdy pojawiają się groźne rekwizyty: nóż w ręku, ostre krawędzie; doświadczam dość jednak niedookreślonego, niedopowiedzianego przekleństwa słońca, by na stronie 31 znaleźć wiersz, który pojawia się nagle jak okruch skały w ręku. Jest jak kostka lodu wrzucona do ciepłego drinka – chłodna, pełna dramatyzmu, sprawcza. Szkoda, że autor nie urywa w tym miejscu poetyckiej opowieści, proponując niezbyt wyrazisty deser w postaci wyimków z dzienników.

Sylvia Hedwig

Google+ Followers

Obserwatorzy

z cyklu "Twarze greckie"

z cyklu "Twarze greckie"
Iza Staręga
statystyka