środa, 24 kwietnia 2013

Maleszy pejzaż skrzydlaty - Monika Mikołajczuk o wystawie Mikołaja Maleszy



Joanna Błońska, kuratorka wystawy i Mikołaj Malesza, fot.Bartosz Musiej

Maleszy pejzaż skrzydlaty

Nie maluje, by się sobą zachwycić. Nie rozpacza, kiedy ktoś chce zatrzymać jego obraz i mieć go tylko dla siebie. Obrazy są po to, by przemawiały do ludzi i szły z nimi w świat - przekonuje. Na pytanie, co pan chce przez nie powiedzieć, odpowiada bez złośliwości: - To, co widać.

Mikołaj Malesza na kilka chwil opuścił ramy swoich obrazów, by przywitać się z publicznością. Zaraz do nich wróci. Do tego świata zawłaszczonego przez skrzydlatych ludzi i upierzone zwierzęta, które mają w oczach ludzkie łzy. Ktoś, kto nie spotkał się z nimi osobiście ani nie poznał ich twórcy, może tę metaforę uznać za groteskową bądź niedorzeczną. Wyjść z obrazu! - takie rzeczy dzieją się tylko w kinie albo w teatrze. To prawda, ale i teatr, i kino, i malarstwo żywią się podobną wyobraźnią, która przedłuża żywot naszych emocji, jawy i snu. Malesza jest na tych płótnach namacalnie obecny, choć ta obecność jest cicha i skromna, jak postaci, którym dyskretnie towarzyszy. I jak on sam. A więc zanim tam powróci…  

Wokół mnie i we mnie

Tym razem gościmy artystę w Sokołowie Podlaskim, gdzie w miejscowym ośrodku kultury zaprezentował kilkadziesiąt obrazów, powstałych na przestrzeni kilku lat. Nie zabiega o wystawy, ale zaproszony do wzięcia w nich udziału, chętnie dzieli się swoim wewnętrznym światem. – Ten znakomity artysta jest trudny do zdefiniowania. W malarstwie Mikołaja Maleszy pobrzmiewają bowiem echa różnych kierunków w sztuce: inspiracje surrealizmem, abstrakcją, realizmem czy sztuką naiwną – powiedziała podczas wernisażu Joanna Błońska, kuratorka ekspozycji. Ale, jak podkreśla malarz, są to zaledwie dotknięcia, przebłyski „innego”, które przekłada na swój własny obraz, wewnętrzny pejzaż, zbudowany z różnych doświadczeń i przeżyć.
– Maluję to, co jest wokół mnie i co jest we mnie – mówi artysta, dopytywany o źródła malarskich tematów. Nie sposób pominąć w nich scenograficznej twórczości Mikołaja Maleszy, która dzieje się równolegle, ale nigdy – jak podkreśla autor – nie jest dopowiedzeniem malarstwa. – Nie traktuję malarstwa jako ilustracji do konkretnej sztuki czy tekstu literackiego. Na pewno tekst taki gdzieś się na obrazach pojawia, ale wyłącznie jako cudzysłów – wyjaśnia. Stąd tropy prowadzące do baśniowo-tajemniczego Leśmiana, Harasymowicza czy Olgi Tokarczuk, których twórczość stała się w swoim czasie dla Maleszy przedmiotem scenicznego rekwizytu, a także – a może przede wszystkim – bohaterów sztuk, wystawianych przez Teatr Wierszalin, z którym artysta od lat współpracuje. Jednak Malesza broni się przed jednoznacznością. Wielokrotnie przemalowuje swoje obrazy, pozbawiając je „zbędnych” postaci, form czy kolorów, „zakłócających” przekaz. Stąd pochopne wrażenie pustego, oczyszczonego pejzażu, zaznaczonego prostą kreską i wyraźnym konturem.
– Lubię pusty, czysty pejzaż, ale i syntetyczny, uporządkowany. Kiedy namaluję serię „szarych” obrazów, tęsknię za wyraźnym kolorem, ale nie za pastelowym półcieniem, który „rozrzedza” emocje i tłumi napięcie, a napięcie w moich pracach jest kluczowe – zdradza kulisy malarskiego warsztatu.

Ptaki moje

Ptaki, kozy, koty, krowy i konie. Uskrzydlone, tak jak ludzie, którzy są obok. Przytulają się do nich, idą za nimi, jedzą z tej samej miski, przysiadają na ramieniu, patrzą na ich śmierć i na ich miłość. Zwierzęta przy kołysce i przy trumnie. Zwierzęta w ludziach i ludzie w zwierzętach. Ta alegoria wspólnoty czy powinowactwa losu człowieka i natury rodzi pytanie o sens życia i przemijania. Ale te postaci nie krzyczą z rozpaczy ani nie rechocą z radości. Jest w nich proste przyzwolenie na codzienną egzystencję – raz zabarwioną smutkiem, raz niepewnym uśmiechem, raz samotnością i rozłąką,  innym razem poezją miłości i zabawy, ale i starzeniem się, i odchodzeniem. Ale dokąd? Co kryje się za tym horyzontem, powleczonym szarą mgłą? Dokąd zaprowadzi rybaka jego mała łódka, niesiona nurtem cierpliwej, niebieskiej wody? Jakiej ściany dotyka dłoń zmęczonego papieża, szukająca oparcia w śnieżnobiałej przestrzeni... To tajemnica.
– Każdy może przejrzeć się w moich obrazach i zobaczyć co innego. Może siebie. A może nic nie zobaczy… - wadzi się z odbiorcą artysta. Bo żeby się zmierzyć z jego obrazem, trzeba się zmierzyć z samym sobą. Uwolnić własne emocje i lęki – albo się do nich przyznać, albo od nich uciec.
Nie. Te obrazy nie niepokoją, choć mogą wzbudzać nostalgię czy żal. Nie są też moralitetem, bo artysta nie wyręcza Boga, nie ocenia ani nie wskazuje drogi. „Gdybym spotkał ciebie znowu pierwszy raz, Ale w innym sadzie, w innym lesie, Może by inaczej zaszumiał nam las, Wydłużony mgłami na bezkresie...” – zdają się mówić językiem Leśmiana nowożeńcy, biorący ślub na kolorowej łące. Ale nie ma w ich spojrzeniu błysku radości, a jedynie smutna dal. Za chwilę spotkamy ich jako staruszków, trzymających się za ręce, jak para kruków o wspólnych skrzydłach z serii obrazów „Ptaki moje”. Może to jedne i te same skrzydła. U Maleszy zawsze uniesione do góry, rozpięte między niebem a ziemią, gotowe do odlotu

„Niepoprawny Istnieniowiec”

Za oknem pociągu migają krajobrazy. Zlewają się w strumień zieleni, szarości albo bieli. Czasem płoną ociekającym czerwienią przedwieczornym słońcem. Mikołaj Malesza ma zawsze pod ręką ołówek i szkicownik. Zapamiętuje to, co za oknem. Domy, drzewa, ludzie, ptaki i chmury są ledwie zaznaczone, by po chwili dopełnić się na sztalugach. Z takich prototypów – jak nazywa te miniatury z pejzażu – powstają duże płótna, z otwartym szeroko niebem i pulsującą życiem ziemią. Serię pejzaży, inspirowanych krajobrazem z Chlewisk, przywiózł artysta na sokołowską wystawę. Emanuje z nich inna energia. Są ciche, ale inną ciszą, niż te zamieszkałe przez ludzi-aniołów i przez zwierzęta. Wydaje się, że w nich malarz chroni się, by odpocząć. Rozciąga się na ciepłej łące, zaszeptanej przez pasikoniki, by popatrzeć stamtąd na nieboskłon albo uczepić się srebrnego księżyca, który poniesie go w czarną, piękną noc - ten „… niepoprawny Istnieniowiec! Poeta! – znawca mgły i wina. Nadskakujący snom – manowiec, wieczności śpiewna krzątanina”. (B. Leśmian, Srebroń). Pozwólmy mu zatem wrócić do jego świata, nie domykając za nim drzwi. Kiedy będzie trzeba, otworzy je na oścież…

Monika Mikołajczuk

O artyście: Mikołaj Malesza urodził się w 1954 roku w Krynkach na Białostocczyźnie. Studiował w warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych na Wydziale Architektury Wnętrz. Dyplom z wyróżnieniem otrzymał w 1979 roku. Zajmuje się malarstwem, scenografią i wystawiennictwem. Miał około 30 wystaw indywidualnych w kraju i za granicą, m.in. w Holandii, Wielkiej Brytanii, USA, Belgii, Niemczech, Francji, we Włoszech, w Austrii, Japonii, na Litwie, na Ukrainie i w Bułgarii. Jest autorem około 60 scenografii. Za swoją twórczość uhonorowany licznymi nagrodami.

czwartek, 11 kwietnia 2013

Wernisaż prac Izy Staręgi

Iza Staręga, fot.Sylwia Tarkowska
Jedna z najbardziej znanych siedleckich artystek, Iza Staręga, już w kwietniu zaprezentuje swoje najnowsze prace.

Wystawa "Kobiety w chustach, mężczyźni w hełmach i inne..." umiejscowiona zostanie w nietypowym architektonicznie miejscu. Tłem do obrazów Izy Staręgi będą przestronne pofabryczne wnętrza, które zachowane zostały w budynkach Collegium Mazovia Innowacyjnej Szkoły Wyższej. Industrialny charakter wystawy z całą pewnością podkreśli nietuzinkowy styl wystawy.

Zaprezentowane obrazy powstały na przestrzeni ostatnich 2 lat. W sumie jest ich 20. Część z nich wykonana została w ramach stypendium Prezydenta Miasta Siedlce. - Lokalizacja wystawy na terenie Collegium Mazovia jest dla mnie bardzo ważna - mówi artystka. - Te prace powstały również dzięki uczelni, która mnie wspiera, udostępniając pomieszczenie na pracownię - dodaje.
 
 Patronat nad wystawą objął portal Artinfo. Wystawa zainauguruje działalność galerii "MazoviArt". - Mamy w planach organizację kolejnych wystaw, nie tylko malarstwa, ale również fotografii - mówi Urszula Paczuska, pracownica Collegium Mazovia.

Iza Staręga z powodzeniem uczestniczy w ogólnopolskich aukcjach sztuki portalu rynku sztuki Artinfo, w Domu Aukcyjnym Polswiss Art, na charytatywnych aukcjach Fundacji Synapsis i Aperio. W K rakowie (Coco Art) i Warszawie (Porto Praga) ma wystawy stałe. Uczy malarstwa w Osiedlowym Klubie Kultury "Lech" oraz prywatnie.

Wernisaż, 25 kwietnia 2013, godz. 18.00, wystawa będzie czynna do 9 maja, codziennie od 16-19, sobota i niedziela od 12.00 do 15.00, siedziba Collegium Mazovia Innowacyjna Szkoła Wyższa (ul. Sokołowska 161), wstęp wolny.

za Kultura Siedlecka

sobota, 6 kwietnia 2013

Okruch skały w ręku


Wyd.tutajteraz, Siedlce 2012
Andrzej Borkowski (ur. 10.11.1977) jest historykiem literatury, edytorem, krytykiem literackim. Zajmuje się zwłaszcza okresem staropolskim oraz literaturą najnowszą. Debiutował tomem poezji Migracje do wewnątrz (Siedlce 2007). W 2011 r. wydał książkę "Imaginarium symboliczne Wacława Potockiego. Ogród nie plewiony". Mieszka w Siedlcach.





Recenzja:
Okruch skały w ręku

 Andrzej Borkowski wstrzelił się precyzyjnie tytułem zbioru swoich lirycznych przemyśleń w upalne lato 2012 roku – Południe to najgorętsza pora dnia. Autor zapewnia, że: Południe, / takie właśnie jest – jak słońce w środku dnia, / nie ma cienia… Pięknie rozwija ten wątek Artur Ziontek we wstępie do książki.

Autor Południa jest historykiem literatury, krytykiem literackim. Ja jednak patrzę na jego wiersze oczami czytelnika, osoby, która porzuca całą oprawę literacką, a wystawia się na żywy i bezpośredni, ale intuicyjny, kontakt ze słowem poety. Bliskie jest mi tu postrzeganie w stylu Zadie Smith – sprawdzam, co to słowo ze mną robi, czy wnika głęboko, czy unosi się jedynie na powierzchni umysłu i serca.


Zbiór składa się z trzech części. Wybieram się na zaproponowany mi poetycki spacer pierwszym szlakiem wierszy różnych, do którego zachęca szczególnie fotografia Marii Ziontek (s.12). Tropy wiodą przez las i ludzkie serce, idę jednak dość nieufnie, nie dowierzając przewodnikowi, ale „zachwycam się” okrągłym słowem – zbyt oczywistym. Przynajmniej jasno, więc bezpiecznie – kontruję zaraz swój głos wewnętrzny.

W księżycową noc przychodzi samotność – intryguje mnie to zapewnienie, w księżycową noc pójdziemy w otchłań – wreszcie jakaś przygoda w to dłużące się upalne lato, lecz autor rozmyśla się, zaczyna popijać kwaśną kawę i zapewnia, że przeżywa nad nią proste wzruszenia. Chcę w tym miejscu porzucić bohatera opowieści, w tym jego intymnym przeżyciu, lecz ten nagle (wierszem ze str. 19) przyciąga moją uwagę interesującym wyznaniem: Przyzwyczaiłem się postrzegać człowieka statycznie / Kiedyś myślałem że ludzie są monumentalni posągowi / Tak jak bohaterowie pięknych i mądrych opowieści (…).

A potem podrzuca mi jakże interesującą frazę: Lęk jest na dnie wszystkiego (…). Wydaje mi się, że otwiera się we mnie w tym miejscu przestrzeń potrzebna do rozmowy, głębszego porozumienia. W części drugiej, ważnej, bo tytułowej, idziemy szlakiem lęku, wołań i zaklinań. Niespodziewanie milczę, gdy pojawiają się groźne rekwizyty: nóż w ręku, ostre krawędzie; doświadczam dość jednak niedookreślonego, niedopowiedzianego przekleństwa słońca, by na stronie 31 znaleźć wiersz, który pojawia się nagle jak okruch skały w ręku. Jest jak kostka lodu wrzucona do ciepłego drinka – chłodna, pełna dramatyzmu, sprawcza. Szkoda, że autor nie urywa w tym miejscu poetyckiej opowieści, proponując niezbyt wyrazisty deser w postaci wyimków z dzienników.

Sylvia Hedwig

Google+ Followers

Obserwatorzy

z cyklu "Twarze greckie"

z cyklu "Twarze greckie"
Iza Staręga
statystyka