poniedziałek, 16 lipca 2012

Schody do nieba – wspomnienie o Beacie Jaworko-Kruszewskiej 1963-2012


Czwartego lipca, po długiej chorobie, odeszła od nas Beata Jaworko- Kruszewska, która – choć kojarzona z branżą turystyczną – od zawsze była dziennikarką. Po studiach związana z warszawskimi tytułami, w Siedlcach debiutująca w „Echu Podlasia”. Potem był czas „Nowin Podlaskich”, a przez ostatnie lata „Życia Siedleckiego”. Zawsze miała odważne pióro. Nie bała się prawdy. Szkoda, że obowiązki związane z prowadzeniem biura podróży, nie dawały jej czasu na pisanie. Pewnie się teraz zżyma na to wspomnienie o Niej, bo nie lubiła mówić o sobie. Ale my jesteśmy Jej to winni. Bo zostawiła cząstkę siebie w nas.

W moim końcu jest mój sens

(Tomasz Merton, „Księga godzin”)

Trudno wspominać kogoś, kto cały czas jest obok nas. Mówić o nim w czasie przeszłym: „była”, „powiedziała”, „zrobiła”, „uśmiechnęła się”, „zażartowała”... Trudno tym bardziej, że w „komórce” jest Jej ostatni esemes. Że w słuchawce słyszysz spokojny komunikat: „nie ma mnie w domu, zadzwoń później”. Więc dzwonię później, choć widziałam Jej nieme ciało w trumnie. Wysyłam esemes, choć na Jej grobie więdną już zmęczone upałem róże. Chcę do niej pójść i opowiedzieć o Jej pogrzebie… Na pewno by się ucieszyła, że było tylu ludzi i że ksiądz pięknie mówił o śmierci, która jest lekcją życia, i że śpiewali tak, jak sami aniołowie w niebie śpiewać powinni. Szukam Jej, żeby Jej to wszystko opowiedzieć. Ale Jej nigdzie nie ma… Więc pytam moją pamięć o Beatę. O przeżyte wspólnie lata w kilku redakcjach siedleckich gazet. O długie godziny przegadane na temat miłości i wiary. O bezkresne niebo nad Saharą, do którego wiecznie tęskniła. Bo to podróże były Jej pasją. Miała to niebo w oczach, których jej zazdrościłam. Skrycie myślałam, ile w tych oczach może się pomieścić wszechświata. Ile planów. Nadziei. Ile tajemnic. I po oczach widziałam, jak powoli odchodzi... Zaklinała chorobę. Nigdy na nic się nie skarżyła. Nikt od niej nie usłyszał, że jest coś nie tak. „W dzień i w nocy wszystko mi sprzyja” – powtarzała jak mantrę, wierząc, że będzie dobrze. Planując kolejne podróże. Zapraszając gości do domu pod lasem, rozpiętego pomiędzy brzozami. Zaszczepiała tę nadzieję w cudze losy, nie dając się zwieść szkiełku i oku lekarzy. Dbała o cudze szczęście. – Cieszę się każdym dniem, każda chwila jest bezcenna – mówiła jeszcze kilkanaście dni temu. – Co zapamiętasz z mijającego dnia? – pytała. – Nie ból, nie bezsilność, nie litościwe spojrzenie obcych ludzi, a uśmiech męża, smak leśnej poziomki, która przypomina ci dzieciństwo, piosenkę z radiowej „Trójki”, tej, która ci zawróciła w głowie przy pierwszym pocałunku. Proste radości życia. Ale czy trzeba choroby, by je docenić? Beata pielęgnowała je codziennie. Żyła tak, jak by ten dzień miał być ostatnim.

„W obliczu śmierci doceniamy, jakim darem jest życie” – mówił ksiądz w homilii pogrzebowej. Jakim darem było dla Jej męża? Jakim darem dla matki i brata? Dla przyjaciół, którzy czuwali przy jej szpitalnym łóżku, oswajając strach przed nieznanym? „Nie chcę patrzeć na gwiazdy, pogaście je kolejno/ Zdejmijcie z nieba księżyc, usuńcie z niego słońce/ Wylejcie wodę z mórz, odbierzcie drzewom cień/ To wszystko nigdy już, na nic nie przyda się” – podpowiadała im rozpacz. Ale przecież rozpacz jest bliską krewną nadziei. I czy Ona by tego chciała? Bezdennej rozpaczy, bo jest nieobecna? Milczących godzin, niedokończonych snów, załzawionego nieba? Na pewno nie! Beata kochała życie w każdym jego wymiarze. Kochała ludzi i świat. Kochała zwierzęta. Kochała flamenco. Czyż stojąc nad Jej grobem w rodzinnym Zbuczynie nie słyszeliśmy śpiewu ptaków? Czyż nie dostrzegliśmy cichej błyskawicy za horyzontem, która kilka godzin później rozproszyła mrok wokół Jej grobu? Czyż nie przemknął nam cień Jej ulubionej sukni, która zaszeleściła, rozkołysana szalonym tańcem? Tańcem życia, nie śmierci. Była wśród nas, kiedy Ją żegnaliśmy. I uśmiechała się z wysoka, szepcząc radośnie: „A teraz cała moja istota oddycha wiatrem, a moja ręka spoczywa na drzwiach, przez które oglądam niebiosa. Drzwi otwierają się na rozległe morze ciemności i modlitwy”. ”Czy to w taki sposób nadejdzie chwila mej śmierci? Czy otworzysz szeroko drzwi na wielki las i postawisz me stopy na drabinie pod księżycem, i zabierzesz mnie pomiędzy gwiazdy?” – pytaliśmy samych siebie w dniu Jej pogrzebu. Ona jest wśród gwiazd. Jest jedną z nich. Ogrzejmy się w jej blasku, kiedy będzie nam smutno i źle.

Monika Mikołajczuk

W tekście wykorzystałam fragment wiersza H.W Audena „Funeral blues” oraz „Księgę godzin” T. Mertona

za: Życie Siedleckie,13 lipca 2012 i zgodą autorki

Google+ Followers

Obserwatorzy

z cyklu "Twarze greckie"

z cyklu "Twarze greckie"
Iza Staręga
statystyka