poniedziałek, 30 lipca 2012

Pospieszny do Warszawy - Wojciech Szmigoń

wstałem wcześniej niż moja czerwona koszula
tuląca się kurczowo do sztywnej poręczy krzesła
przez moment budzik i ja skrzyżowaliśmy spojrzenia
dlaczego nie zaskoczył mnie dziś swoim milczeniem?
nie wiem...

(może życzliwość nie leży w jego wrednej zegarkowej naturze?)

wszystko jest drogą, zrzędzą mijane latarnie,
a dla mnie
miasto jest tylko nienormalnie
groteskowym labiryntem
gapiącym się w słońce narysowane żółtym flamastrem
na reklamach prezerwatyw o zwiększonej wytrzymałości

do dworca docieram mijając przestrzeń
wymyśloną przed sobą ad hoc
nie jest to łatwe z powodu powtarzalności,
(dobrze wiesz o czym mówię)

powtarzalność komplikuje wędrowcom
brodzenie w mulistym dnie rzeki
powtarzalność jest nudą wpisaną w dymek
poezji snującej się nad kartką
powtarzalność to narkotyk poety, odbiera
żarliwość dając w zamian podziw

przedział kolejowy staje się azylem
dla moich skórzanych butów ukrytych
pod sąsiednim fotelem, one niemało już
wiedzą o kolejowych zakamarkach
później, a właściwie po chwili, zakochuję się
w istniejących tutaj kobietach

moje prawe oko napotyka na dzieło
Rubensa wymalowane na oparciu
pachnąca piwem matka boska z
dzieciątkiem będzie z nami całą drogę
moja lewa strona ciała zmienia się w
miękkie języki freudowskich symboli

nie widziałem tu ciebie ślicznotko nigdy
wcześniej a wiem, że odkryję z tobą
całą drogę do Warszawy, a może nawet
odejdę na całe życie z pierwszą stacją

podróż poprawia makijaż przed własnym
weselem, a my oboje siedzimy zaręczeni
ojciec konduktor zaraz da nam ślub,
pobłogosławi swoim urzędowym kasownikiem

zazdrość dopadnie mnie wkrótce, bo jak tu
rywalizować z kolejowym dworcem
który oferuje wyjście z każdej sytuacji,
bardziej hipnotycznej niż pierwszy krok
na peronie

(wiersz opublikowany również w "Kozirynek", nr II/2007)

niedziela, 29 lipca 2012

wtorek, 24 lipca 2012

Usypianie pragnień - Alina Joanna Wiśniewska

W bujanym fotelu
Usną wszystkie pragnienia
Te o napiętych męskich muskułach
I te o miastach zanurzonych w słońcu

Tykające serca zegarów
Śledzą żywoty świętych
I odmierzają czas zwyczajniakom

Biały koń wychowany pod kobiecą pachą
Galopuje przed siebie
Nie wie dokąd

Korale szukają szyi
Płyty grające chcą spocząć na talerzu swojego początku
Łyżka szuka ust
Pusta szklanka
Głodna napoju sprzed 100 lat

Ciepłego ciała
Zimne omszałe butelki

Alina Joanna Wiśniewska

poniedziałek, 16 lipca 2012

Schody do nieba – wspomnienie o Beacie Jaworko-Kruszewskiej 1963-2012


Czwartego lipca, po długiej chorobie, odeszła od nas Beata Jaworko- Kruszewska, która – choć kojarzona z branżą turystyczną – od zawsze była dziennikarką. Po studiach związana z warszawskimi tytułami, w Siedlcach debiutująca w „Echu Podlasia”. Potem był czas „Nowin Podlaskich”, a przez ostatnie lata „Życia Siedleckiego”. Zawsze miała odważne pióro. Nie bała się prawdy. Szkoda, że obowiązki związane z prowadzeniem biura podróży, nie dawały jej czasu na pisanie. Pewnie się teraz zżyma na to wspomnienie o Niej, bo nie lubiła mówić o sobie. Ale my jesteśmy Jej to winni. Bo zostawiła cząstkę siebie w nas.

W moim końcu jest mój sens

(Tomasz Merton, „Księga godzin”)

Trudno wspominać kogoś, kto cały czas jest obok nas. Mówić o nim w czasie przeszłym: „była”, „powiedziała”, „zrobiła”, „uśmiechnęła się”, „zażartowała”... Trudno tym bardziej, że w „komórce” jest Jej ostatni esemes. Że w słuchawce słyszysz spokojny komunikat: „nie ma mnie w domu, zadzwoń później”. Więc dzwonię później, choć widziałam Jej nieme ciało w trumnie. Wysyłam esemes, choć na Jej grobie więdną już zmęczone upałem róże. Chcę do niej pójść i opowiedzieć o Jej pogrzebie… Na pewno by się ucieszyła, że było tylu ludzi i że ksiądz pięknie mówił o śmierci, która jest lekcją życia, i że śpiewali tak, jak sami aniołowie w niebie śpiewać powinni. Szukam Jej, żeby Jej to wszystko opowiedzieć. Ale Jej nigdzie nie ma… Więc pytam moją pamięć o Beatę. O przeżyte wspólnie lata w kilku redakcjach siedleckich gazet. O długie godziny przegadane na temat miłości i wiary. O bezkresne niebo nad Saharą, do którego wiecznie tęskniła. Bo to podróże były Jej pasją. Miała to niebo w oczach, których jej zazdrościłam. Skrycie myślałam, ile w tych oczach może się pomieścić wszechświata. Ile planów. Nadziei. Ile tajemnic. I po oczach widziałam, jak powoli odchodzi... Zaklinała chorobę. Nigdy na nic się nie skarżyła. Nikt od niej nie usłyszał, że jest coś nie tak. „W dzień i w nocy wszystko mi sprzyja” – powtarzała jak mantrę, wierząc, że będzie dobrze. Planując kolejne podróże. Zapraszając gości do domu pod lasem, rozpiętego pomiędzy brzozami. Zaszczepiała tę nadzieję w cudze losy, nie dając się zwieść szkiełku i oku lekarzy. Dbała o cudze szczęście. – Cieszę się każdym dniem, każda chwila jest bezcenna – mówiła jeszcze kilkanaście dni temu. – Co zapamiętasz z mijającego dnia? – pytała. – Nie ból, nie bezsilność, nie litościwe spojrzenie obcych ludzi, a uśmiech męża, smak leśnej poziomki, która przypomina ci dzieciństwo, piosenkę z radiowej „Trójki”, tej, która ci zawróciła w głowie przy pierwszym pocałunku. Proste radości życia. Ale czy trzeba choroby, by je docenić? Beata pielęgnowała je codziennie. Żyła tak, jak by ten dzień miał być ostatnim.

„W obliczu śmierci doceniamy, jakim darem jest życie” – mówił ksiądz w homilii pogrzebowej. Jakim darem było dla Jej męża? Jakim darem dla matki i brata? Dla przyjaciół, którzy czuwali przy jej szpitalnym łóżku, oswajając strach przed nieznanym? „Nie chcę patrzeć na gwiazdy, pogaście je kolejno/ Zdejmijcie z nieba księżyc, usuńcie z niego słońce/ Wylejcie wodę z mórz, odbierzcie drzewom cień/ To wszystko nigdy już, na nic nie przyda się” – podpowiadała im rozpacz. Ale przecież rozpacz jest bliską krewną nadziei. I czy Ona by tego chciała? Bezdennej rozpaczy, bo jest nieobecna? Milczących godzin, niedokończonych snów, załzawionego nieba? Na pewno nie! Beata kochała życie w każdym jego wymiarze. Kochała ludzi i świat. Kochała zwierzęta. Kochała flamenco. Czyż stojąc nad Jej grobem w rodzinnym Zbuczynie nie słyszeliśmy śpiewu ptaków? Czyż nie dostrzegliśmy cichej błyskawicy za horyzontem, która kilka godzin później rozproszyła mrok wokół Jej grobu? Czyż nie przemknął nam cień Jej ulubionej sukni, która zaszeleściła, rozkołysana szalonym tańcem? Tańcem życia, nie śmierci. Była wśród nas, kiedy Ją żegnaliśmy. I uśmiechała się z wysoka, szepcząc radośnie: „A teraz cała moja istota oddycha wiatrem, a moja ręka spoczywa na drzwiach, przez które oglądam niebiosa. Drzwi otwierają się na rozległe morze ciemności i modlitwy”. ”Czy to w taki sposób nadejdzie chwila mej śmierci? Czy otworzysz szeroko drzwi na wielki las i postawisz me stopy na drabinie pod księżycem, i zabierzesz mnie pomiędzy gwiazdy?” – pytaliśmy samych siebie w dniu Jej pogrzebu. Ona jest wśród gwiazd. Jest jedną z nich. Ogrzejmy się w jej blasku, kiedy będzie nam smutno i źle.

Monika Mikołajczuk

W tekście wykorzystałam fragment wiersza H.W Audena „Funeral blues” oraz „Księgę godzin” T. Mertona

za: Życie Siedleckie,13 lipca 2012 i zgodą autorki

sobota, 14 lipca 2012

PODRÓŻE Z KOTEM SCHROEDINGERA - Wojciech Szmigoń

postawiłeś stół na ziemi w samym środku kosmosu
chodzimy pomiędzy szklanymi taflami, racjonaliści
nasłuchujący ciszy wpisanej w papierowe dzwony

dzieci nie rodzą się opakowane w plastikowe torby
myślę o nas, dojrzewających na skwerach i ulicach


nadchodzi kolejna fala refleksji, tunele bez początków
słowa w superpozycji bez znaczeń, czas bez kierunku
żaden obserwator nie obserwuje własnej świadomości

a gdyby tak zaistnieć? dotykać wszystkich wymiarów
zamiast lęku rysować kredą czarne winogrona zdarzeń
zatracić iluzoryczną symetrię słów - przed, po i teraz

(wiersz opublikowany w piśmie "Kozirynek", nr II/2007)

piątek, 13 lipca 2012

Zapis 2 - Dariusz Adamowski

Śnią mi się góry i przyjaciele rozważający
samobójstwo. A moja babka, w świetnej
formie, młodsza o całe wieki, mówi,
że zamieszka u mnie. (Czy mam dokąd
się wyprowadzić?) I nawiedzają mnie zmarli,
których we śnie bym o to nie podejrzewał.
Nie mają odpowiedzi, ale wiedzą,
że wkrótce napytam sobie biedy. Bo jeśli czas
przeszły i przyszły nie istnieją, to grzeszę
wciąż w tym samym ciele i umyśle. Powtarzam
jeden błąd od urodzenia. Rzeźbię go
na pierwszej stronie szesnastokartkowego zeszytu
w trzy linie. A potem, lecz nadal, odchodzę
od zmysłów, liżę ranę. Usta mam coraz bardziej sine,
a oczy coraz mniej przejrzyste. Ale widzę
zmarłych jak żywych. Widzę samobójstwa moich bliskich
i moja babka jest w pokoju obok. Myli mnie
ze swoim ojcem, a ja zostawiam jej dom,
całe miasto. Wyprowadzam się naprzeciwko.

więcej na stronie: Zeszyty Poetyckie

środa, 11 lipca 2012

Tiamat - Robert Konca

O świcie spoglądając na ten świat przeklęty
Tęsknię za czasem gdy nie było Ziemi
I tylko Ty lśniłaś ponad firmamentem
Złotym blaskiem magii, miłości i wiedzy

Ty jesteś źródłem moich wątpliwości
Wizji perwersyjnych, cierpienia i rozkoszy
Pnę się w górę, upadam, na pozór samotny
Lecz zawsze i wszędzie w zasięgu Twych oczu

Ty jesteś głosem w moich snach niespokojnych
Twego szeptu nie można już porównać z niczym
Są noce kiedy szukam jeszcze głębszej ciemności
By wdychać Twój śpiew rozpuszczony w ciszy

Chwilami Cię dostrzegam w przestrzeni wewnętrznej
W czasie sprzed pamięci, winy i zbawienia
Gdy życie było jednym swobodnym oddechem
Przeczuciem przyszłych losów węża i człowieka

(wiersz opublikowany w "Kozirynek", nrI/2007)

niedziela, 8 lipca 2012

Piotr Sachanowski - wystawa prac w galerii Widzimisie

Wystawa prac Piotra czynna jest do 6 sierpnia w Galerii Widzimisie w Siedlcach (ulica 3-go Maja 44/2)

Można tam podziwiać dość brutalne i kolorystycznie wyzywające (pobudzające wyobraźnię)prace autora. Obrazy są żywe, bo artysta bez przerwy w nie ingeruje, przemalowuje, czy pozostawia sobie jedynie do tego prawo. Gdyby je sprzedał... umarłyby... byłyby skończone?

Pojawił się na wystawie kupiec. Ciekawe co zrobi autor?
Polecam.
Strona autorska Piotra Sachanowskiego:www.sachanowski.art.pl

sobota, 7 lipca 2012

*** -Robert Konca

popatrz raz na siebie z dystansu
a ujrzysz na czym mija ci czas życia
posłuchaj jak wyzywasz drugiego człowieka
policz godziny których już nie znajdziesz
kiedy sprzeczałeś się z kimś do łez
o rzeczy tragicznie małe powiedz
ile znaczy dla ciebie inny człowiek
dlaczego dłonie które chcecie sobie podać
mijają się we mgle nie dotykając się nawet
a wy ze wstydem odwracacie twarze

Robert Konca

piątek, 6 lipca 2012

Drzwi - Robert Konca

Na pozór wszystko wydaje się być oczywiste
W każdej chwili możesz iść tam dokąd chcesz
A zatem w postaci niby jednolitej
Podążasz w kierunku drzwi... nagle
Ze zgrozą czujesz że istotna część ciebie
Trzyma się skulona przeciwległej ściany
I duszą cię mury tysiąca pomieszczeń
Z których - choć wyszedłeś - nie wyszedłeś cały...
Chcesz się skoncentrować lecz ręka przeciw ręce
perswazja słowna spotyka cięte odpowiedzi
Nie potrafisz dotrzeć do tych wszystkich miejsc
W których twa tożsamość gnije pośród śmieci
Nigdzie nie pójdziesz - wiatr rozwiewa strzępy
Umysłu, drzwi zaś po to są by tęsknić

(wiersz opublikowany w piśmie "Kozirynek" nr 1/2007)

wtorek, 3 lipca 2012

List do poety -Artur Rogalski

o północy widać
dzioby drakkarów
na czerwonych horyzontach
śpiącej Europy
chwila zatrzymała się gdy cięte masztami
chmury
przybierają kształty
anioła ognia

łaska niewiedzy spłynęła na ciebie
a przemijanie dalej galopuje
przez granice epok
i szkarłat ciągle napina szpony
aby rozedrzeć niebo

ja też nie chcę wierzyć
że choć wici wzywają do śmierci
to wciąż pasterze przepędzają stada
przez ciasne wąwozy
a trubadur wyśpiewuje pochwały
Heleny Fourment


Artur Rogalski


(wiersz opublikowany w piśmie "Kozirynek" nr 1/2007)

poniedziałek, 2 lipca 2012

Katedra - Artur Rogalski

Z najwyższego wzgórza w środku lasu widać ostre
krawędzie katedry
zaplątane w ślimaki schodów

drewno skrzypi w zmroku letniego wieczoru
a świerkowy zagajnik wyrasta na blaszanym balkonie
obok donicy z żółknącym fiskusem
jeszcze można zobaczyć
dotknąć
schwycić
wirujący liść
zanim zamknie się brama
a drzewa zarosną odległe wieże

Artur Rogalski
(wiersz opublikowany w "Kozirynek", nr I/2007)

niedziela, 1 lipca 2012

IMPERIUM - Artur Rogalski

wyjrzeć zobaczyć co za murem
potem iść do krańców miasta
zakreślić na mapie miejsca przyjazne i
wrogie
z błogą nieświadomością ich
prawdziwego przeznaczenia

na nikogo nie czekać
gdy upał wędruję aleją drzew
czas od brzasku do pierwszej gwiazdy
na razie pozbawiony konieczności
więc nie myśleć co nastąpi

droga wschodnia
na jasnych ścianach zawieszone
marzenia
z pasmem łąk
drzewem
ciemną linią lasu
w szklane otchłanie
gdzie trzęsawisko młodego wina
wpadają rozżarzone krople laku

droga północna
chwila odpoczynku
kiedy nad dachami
dzień i noc
układają tajemnicę następnego dnia
w zrozumiały plan

droga południowa
mglista zapowiedź przyszłości
snuje się w labiryncie murów
ulatuje w niebo z gwizdem parowozu

droga zachodnia
jeszcze nie istnieje

tam gdzie przecinają się drogi
na zawsze wpisany w okrąg środek
ślepa ściana kamienicy
i stado gołębi na niebie

Artur Rogalski


("Kozirynek", nr II/2007)

Google+ Followers

Obserwatorzy

z cyklu "Twarze greckie"

z cyklu "Twarze greckie"
Iza Staręga
statystyka