poniedziałek, 26 lipca 2010

Czułość - Dariusz Adamowski

Jackowi Dehnelowi

Śnieg. Śnieg bez końca i początku.
Zima wprowadza się na ulice, gdy zapominamy
o minionych wiosnach. O miliardach lat. Wciąż
są tu ludzie. Coś nas wygania, lecz nie jest to czułość.
Raczej kompulsja, paląca chłodem konieczność
bycia częścią entropii. Przeczuwamy
jak to będzie, gdy wszechświat się rozejdzie
w szwach, gdy zgasną piece. Będziemy oddychać
w kosmos, w czarną paszczę niepojętego,
które chce od nas tej odrobiny czułości,
której oddać nie chcemy. Choć wiadomo
że oddech jest tylko pożyczką. Że pocałunek,
nawet najzimniejszy, trzeba odwzajemnić.

Dariusz Adamowski

poniedziałek, 19 lipca 2010

Mała improwizacja – Robert Konca

Wojtkowi zapodaję…

Mam kres w nazwisku
chociaż bez kreski nad n,
naturę wszechświata wyjaśnił mi
we śnie bezpański pies.

Mógłbym być sędzią, adwokatem
ale kładę na to lachę;
śmieszy mnie ich zarozumiałość
jakby połknęli wiedzę całą.

Jestem śmietniskiem sprzeczności –
artefaktów utraconej jedności.
Z jednej strony jestem potworem
jak Godzilla albo Hedora,
z drugiej – wrażliwym facetem
który kocha zamężną kobietę.

Nie raz w pierdol dostałem,
nie raz też oddałem
jak bohater ostatniej akcji
ale bez satysfakcji.

W osiemdziesiątych, jak Jaruzelski władał,
z Pietruchą byliśmy w Bieszczadach.
Postanowiliśmy przed wejściem na Krzemieniec
irokezy wygolić kamieniem.

W Jarocinie na cztery osiem mnie zamknęli
za udział w surrealistycznej rebelii
przeciw wszystkiemu… Zakuli w kajdany,
niebieski najpierw uderzył parę razy,
potem nad kartoteką pochylony
spytał : Licealysta, kurwa, co tu robisz ?
- Pierdolę komunę i kapitalizm !

Wojtas, Pietrucha, Slayer –
nie było takich czterech
gdy szliśmy drogą do zatracenia
metodycznie, ale od niechcenia.

Później wszyscy poszli w swoją stronę,
zataczając krąg, by spotkać się ponownie
na cmentarzysku złudzeń, siekierą losu głaskani…
Lecz żaden z nas nie dał się zmiażdżyć.

Nie wiem jak przetrwałem schizy, melancholię,
może po prostu oswoiłem się z mrokiem,
jak ślepy gryzoń medytujący w grocie…
Siedem lat pełzałem na autopilocie.

Mój świat co chwilę się rozpada,
na nowo muszę go składać
z atomów, wspomnień i przeczuć,
głodnym demonom na przekór.

Wojtek – stary Bałcie – posłuchaj :
Jesteśmy pyłem wagi ciężkiej
miotanym z miejsca na miejsce,
tylko nie wiemy, kto nas dmucha.

I pewnie znasz to ukłucie bezradności,
gdy chce się komuś powiedzieć o miłości,
jednak przez zbroję przedostaję się na zewnątrz
tylko strzęp metafory lub przekleństwo.

Mam kres w nazwisku
chociaż bez kreski nad n,
naturę wszechświata wyjaśnił mi
we śnie bezpański pies.


Robert Konca

niedziela, 18 lipca 2010

Krowa, która była zegarem słonecznym - Robert Konca

Dla Magdy i Wojtka

kiedy rano wyruszaliśmy w góry
z błyskiem zdobywców w oczach
ona stała na pochylonym pastwisku
skubiąc trawę

gdy wracaliśmy późnym popołudniem
wciąż tam była
pozornie nieruchoma,
wyglądała jak pogrążona w medytacji
i nigdy nie usłyszeliśmy ryku skargi
czy jęku tęsknoty za zmianą

ta sama Zielona Bogini
która karmiła nas absyntem
napełniała brzuch krowy
kwiatami i trawą

czasem patrzyliśmy na nią
wspominając piwo wypite z Jezusem
a raz – gdy rozmowa z Eliota i Mahona
zeszła na nasze ulubione
kino oralnego niepokoju
zauważyliśmy że krowa
wolno niczym wskazówka godzinowa
obraca się zadem do słońca

nikt nie widział kiedy znikała
być może odpoczywała od czasu
zasypiając w ciemnościach
gdy sekundy kątowe odeszły
by dręczyć świat za horyzontem

w jej chtonicznych snach
nasze wiersze wracały
do kamiennych gardzieli wąwozów
by stać się tym czym były
zanim pochwyciła je grawitacja słów


Robert Konca

czwartek, 15 lipca 2010

nie potrzeba wiedzieć kiedy coś się kończy - Wojciech Szmigoń

słowo pańskie wkładane pod język przez krótką chwilę ścieka do wnętrza.
potem otwierasz się na katechizm, oddychasz nieregularnie, krótko,
czasami zbyt boleśnie. przez sztywniejące palce oglądasz kretyńskie gadżety,
odjęte od całości, wykastrowane. odłożonym w głębokich szufladach planom nucisz
kiedy czasy niepewne aktor mówi szeptem – kocha się często w wystawianych sztukach.

a przy okazji budowania domu przesypuje się piach.
dlaczego zapamiętałaś
właśnie te słowa? potem krople krwi a może potu na podłodze. i każda kropla
jak rtęć w inną stronę. czasem tłumaczysz dzieciom, że obowiązek jest przerwą w podróży,
przy samochodzie ukochany oddaje mocz na stojąco. myślisz wtedy o nas?
pamiętasz, zabawa w chowanego zaczynała się zawsze od pokoju z tanią wersalką.


WS

wtorek, 13 lipca 2010

jeden jest rytm - Wojtek Szmigoń

na początek zabij mnie przez rozchwianie i gorączkę,
bo nie zostanę kimś z zasadami. może zrozumiesz,
że ledwie mogę jak łotr zasypiać w knajpach. a tam ocean,
gdzie nikt nie błogosławi ślepca, ludzie łączą się w pary,
trwa nie warta słów komedia. tam wciąż kochamy
nasze katastrofy. nawet, gdy brzydzisz się, że tak piszę
bez skruchy. i wskazujesz na szczerych ludzi,
którzy nie wierząc w nic omijają parkingowego pijaka.
nie mam już żadnego boga do odkrycia, po kolejnej porcjach
wieczornego szoku, streszczam życie w salach,
pośród stolików brudzących popiołem, żeby potem to wszystko
wypisywać hardo na fasadach. już chyba tylko po to, żeby wytrwać do/ rana,
śnię, że tak bluźnią drzewa. i bezradnie grzeszę,
na wojnach podłych nie szukając szczęścia.


WS

niedziela, 11 lipca 2010

agnozja - Wojciech Szmigoń

nie jesteś moją własnością.
zdradziło mi to wycie wilka w komórce
lub jego piwne oko za butelką? a z drugiej strony,
łatwiej jest myśleć w prostych kategoriach:
mieć cię na własność, oceniać, wypełniać
i wypasać na łąkach własnych krzywd
wyrachowane ego. o ile trudniej zrozumieć,
że pościel wciąż jest biała, pomimo plam spermy i krwi.
zaschniętych, na krótko wrzucanych do pralki.
powtarzaj za słowami pieśni: nie zamykaj oczu,
nie wierz w pustkę.

a teraz śmiej się, bo jestem maskotką
gdy na przystanku czytam bogini cudze wiersze.
potem widzę coś tak nieprzyzwoicie potwornego
jak iluzja beltane, wtedy myślę, że tak naprawdę
mnie nie ma. tej nocy wiatr znowu przywołał odległość,
– samotność kukiełki. gdzieś tam błyszczy ostrze
w dniu urodzin brzydkich kobiet, bez twarzy.
tutaj kwitną usta, wszystko zdarzyć się może.


WS

czwartek, 8 lipca 2010

PO TO - Dariusz Adamowski

Noce czerwca, gdy niema czerń
zaczyna się tuż przed północą.
A potem nagły świt, świst ptaków
i zapowiedź słońca - przeciągły brzask.

Budzisz się.

Zanim wyłowisz nazwy, cudze imiona.
Zanim pierwszy raz zmrużysz oczy,
by dalej śnić, panuje lato, jedyny smak.

Leżysz, oddychasz i piszesz po to,
żeby nic.

Dariusz Adamowski

sobota, 3 lipca 2010

Czerń - Alina Joanna Wiśniewska

Jest mgła, w której poruszasz się miesiącami
Wilgoć w płucach, którą chce się wygonić żarem papierosa
Wszędzie dookoła rozlane mleko
Nad którym można płakać
Bywa też noc, która zastaje nas w środku wielkiego miasta
Gdy nagle gasną wszystkie światła
A oko nie dostrzega nawet szarości
Jak poruszać się w czerni tak gęstej?
I czego się bać?
Idę
Chyba do przodu
Z szeroko rozłożonymi rękoma
Gotowa przyjąć cokolwiek w nie wpadnie
W oddali dostrzegając niebieskawe światełko i most
Który powstaje po to
By można było przejść na drugą stronę
Czerni
I niepewności
Niepewność otwiera ręce jeszcze szerzej

Alina Joanna Wiśniewska

Google+ Followers

Obserwatorzy

z cyklu "Twarze greckie"

z cyklu "Twarze greckie"
Iza Staręga
statystyka