sobota, 25 grudnia 2010

Sny - Robert Konca

Obudziłem się wewnątrz kolejnego snu

Byłem włóczęgą w czasoprzestrzeni
zawiniętym w dziurawy całun kradzionego płaszcza
szukającym sensu życia i swej tożsamości
w poezji i mechanice kwantowej

Wierzyłem że świat jest zegarem
Znałem tylko jego peryferia
zapomniane tryby i nieczynne układy
fragmenty nieogarnionej całości

Domyślałem się istnienia wskazówek,
raz poruszonego słowem sekundnika
który pędzi po rozszerzającej się orbicie
Domyślałem się istnienia zegara w zegarze
i nadzorującego to wszystko mistrza

Potem usiłowałem znaleźć miejsce dla siebie
Zerwałem płaszcz,
zbudowałem strukturę zwaną domem
łudząc się że wiem
kto w nim będzie mieszkał

Tymczasem
zazdrościłem pewności ptakom
które wiją swe gniazda

W końcu każdy mój ruch
wymagał filozoficznych rozważań
Myśli były kwantami
zapowiadającymi poemat
lecz jego znaczenia zawsze umierały
zostawiając gdzieś we mnie
tylko szepczące natrętnie echa :
jak dziwnie jest być
tym czym się jest
tu gdzie się jest
ale czym, gdzie ?

Niepostrzeżenie zstępowałem do piekieł samego siebie –
w duszny labirynt jakiegoś ja
Zajęty pielęgnowaniem narastającego obłędu
pozwoliłem aby resztki wiary i domysłów
uległy dekompozycji

Odchodziłem stamtąd tak jak przyszedłem,
w tym samym płaszczu
niczego nie zabierając ze sobą
i niczego nie zostawiając

I obudziłem się wewnątrz kolejnego snu
gdzie wielcy uczeni uważali
że wszechświat jest wibrującą struną
a poeci – że nie ma go wcale

Robert Konca

piątek, 24 grudnia 2010

Smutny wiersz na koniec roku - Artur Rogalski

Kiedy umarli
całkowicie znikną z dni
zaczynają odchodzić z nocy
i to już ostatnia śmierć

na początku
potrzebujemy pomocy
więc często
pojawiają się w snach
jeszcze rozmowy
wspólne spacery
radosne zdziwienie
„to Ty żyjesz?”
pozornie błaha odpowiedź
„tak tutaj”

z czasem coraz rzadsze spotykania
w znanych/nieznanych miastach
w swoich/ nie swoich domach
mijamy się w pośpiechu
na nieistniejących peronach
przestajemy rozpoznawać ich twarze

są jak okruszki ciasta
które kiedyś razem
jedliśmy na imieninach

teraz zmiecione ze stołu
nie do odróżnienia

Artur Rogalski

czwartek, 23 grudnia 2010

Białe zęby bez łupieżu - Robert Konca

( z repertuaru zespołu High Altitude Cerebral Edema)

myję zęby szamponem przeciwłupieżowym
pastę coolgate wcieram we włosy
piorę brudy nie w zwykłym proszku
znowu będę piękny i młody

tylko idiota może być tu szczęśliwy
fakty znam z Faktu, Trwam przy TVP,
gdy trzeba – recytuję numer konta Rydzyka
znajomy refren ten...

Robert Konca

wtorek, 21 grudnia 2010

Symbioza - Robert Konca

Żadna myśl człowieka nie idzie na marne,
nawet ta zapomniana przez swego właściciela
do jednego punktu gdzieś poza przestrzenią
dąży, arymaniczną tucząc larwę.


Demona jeszcze nie ma, on dopiero będzie,
kiedy myśl ostatnia zwieńczy jego imię,
wtedy nad naszymi zwłokami zakwitnie
głodny cień. Potem rozlegnie się wszędzie


wycie trąb. Już teraz nie trudno odgadnąć,
znając nasze myśli i świadomość stadną,
co też ta muzyka będzie dla nas znaczyć :


Nieśmiertelni wrócimy do ruin swych własnych
domów, jak kukły w kulawych siądziemy fotelach,
w wiecznej niewygodzie nie do pomyślenia...

Robert Konca

niedziela, 28 listopada 2010

London Rentgen - Alina Joanna Wiśniewska

Na ulicy wielkiego miasta
Ludzie różnią się od siebie
Krojem płaszcza i czapki
Kolorem skóry i włosów
Oczami które patrzą
Przed siebie, albo w głąb siebie
Ludzie różnią się kształtem kolana
I długością noszonych w sobie kości
Ubrani w swoje ciepłe, kolorowe ciała
Biegają w zatłoczonym metrze
Porwani ciepłolubną rzeką
Snują się jak mgła po muzeach
Oszołomieni blaskiem
Tego, który dawno temu malował
Żółte słoneczniki, albo skrzydła aniołów
Przez sekundę spotykają się ich oczy

***

Kiedy trąba z zaświatów upomni się
O ludzi z wielkiego miasta
W biegu albo we mgle

Odlecą

Zostawiając na ziemi ciała
Jak poplamione sukienki

Alina Joanna Wiśniewska

niedziela, 21 listopada 2010

niedziela, 7 listopada 2010

Pseudologia linguistica - Robert Konca

Wyznawcy języka wierzą
że to on wyznacza granice świata

Nasze języki
jakby o tym zapomniały
Dotykają się w milczeniu
złączone tajemnym paktem
którego prawa zaczynają się tam
gdzie kończą się słowa

Jesteśmy ofiarami
adoracji i przekleństwa świata
skomląc z bólu i rozkoszy
Nie nazwiemy tego
co ukrywa się za losem
nieubłagane i obce
by spaść nagle
w chwili gdy jeszcze wierzymy
że nie może zranić nas coś
co nie ma nazwy

A kiedy wtulamy się w siebie
znika czas i milczą słowa,
nie gramatyka nas prowadzi
i nie powstrzymuje kropka

Robert Konca

Dary jesieni - Maria Kryńska-Szostak

                                                          Iwonie
zbierałaś kasztany
masz ich cały kosz
na zimę

jesienie zawsze
należały się poetom

lecz pomieszały się
dary jesieni

kamienie
piach
wiatr
i my

pokonani

teraz jak wiewiórki
wolne
od zbędnych słów

pleciemy kosze

Maria Kryńska-Szostak

Mikrokosmos - Robert Konca

Przerażony światem szukałem jakiegoś wyjaśnienia
Dla istnienia zbrodni, lęku i cierpienia
Czeczenia, Sudan, Tybet, praca, dom, ulica
Tak można by przecież bez końca wyliczać

Bezradna myśl szukała swego adresata
W Białej Bogini, krzyżu, w buddyjskiej mandali
Jednak wszystkie myśli i modlitwy toną
W zimnym oceanie bez dna i przystani

Czas tłumi współczucie dla oprawców i ofiar
Ciało się zużywa, więdnie kwiat lotosu
Słowa też są śmiertelne, ich znaczenia zmienne
Życie z nas ucieka do mikrokosmosu...

Robert Konca

wtorek, 2 listopada 2010

Gruń - Wojciech Szmigoń

nocą burza zbudowała górę z błota
wielkie dziecko małymi rączkami
wyrzeźbiło zielony szlak

w dzień przychodzi deszcz i poeci
wypełnieni literackim balastem
prą pod szczyt

w butach oblepionych żółtym śluzem
otwierają podbrzusze stoku
gubiąc ostatnie ślady

żyją żeby uwierzyć w górskiego kota
zobaczyć potwora który jada ciasto
potem piją, palą i milczą

bo tak trzeba


WS

*** - Robert Konca

próbuję cię dostrzec
ty próbujesz dostrzec mnie
ale widzimy tylko tyle
ile pokazuje światło i cień
próbujemy się zrozumieć
ale słyszymy tylko swoje słowa
tak bardzo chcemy się dotknąć
lecz ciała są granicą naszych intencji
uczucia i myśli przybywają nie wiadomo skąd
narzucone przez kogoś lub przez coś
nie powstają w sercu ani w głowie
świat to tylko jedna z wielu hipotez
mających wytłumaczyć tę dziwną projekcję
kolorów dźwięków zapachów i dotknięć

z tomu: "herezje", Robert Konca, 1996

sobota, 30 października 2010

ROZMOWA Z WIATRAKIEM - Alina Joanna Wiśniewska

Płynę w górę rzeki czując bryzgi chłodnej wody,

Żyję
Bez wątpienia żyję

Męczę się, więc jestem

Gdybym płynęła w dół rzeki
Lekkość na pewno odebrałaby mi pewność istnienia
Chociaż nie wiem, bo to się jeszcze nigdy nie zdarzyło

Dookoła gładkie kamienie

W co trzecim ruchu ręki zwątpienie

Co piąty oddech
Duszny z podtopienia

Stary drewniany wiatraku z ludzką twarzą

Widzę Cię jak stoisz w trawie na boku

Dokąd Ty mielesz swoimi ramionami?

Ja mielę i płynę w górę rzeki
Posuwam się naprzód

Ty furkoczesz na wietrze swoimi ramionami i stoisz w miejscu

Kto z nas zajdzie dalej?


22.09.2010

wtorek, 26 października 2010

DLA WSZYSTKICH TEN SAM OGIEŃ - Robert Konca

(wiersz dla Cortazara )

Cyprysy ognia wrastają w niebo
Maratończyk potyka się na skraju przepaści
Wiatr pozrywał wszystkie struny z drzew
Bezpański pies zamyka czarne planety oczu
Życie toczy się dalej jak pijany rydwan
Budowniczowie piramid wznoszą skargi ku gwiazdom
Co noc wielu odchodzi do Domu Oriona
W Mieście nikt nie wierzy w przepowiednie Kasandry
Zsiniałe dłonie grzejemy nad paleniskami złudzeń
Serca ofiar płoną w rękach naćpanych kapłanów
Ekrany komputerów gasną jak wypalone świece
Na cmentarnym wiązie przemądrzały gawron
Wygłasza prelekcję o wielości wcieleń
Między grobami stąpa posiwiały przewoźnik
Z wiosłami zamiast ramion
Poszukujący swej rzeki

Robert Konca

poniedziałek, 18 października 2010

Czarownica - Wojciech Szmigoń

znienawidził ją
tego dnia
gdy stali się
nierozerwalną całością
spowiedzią powszechną
na granicy prawdy i kłamstwa

języki
milczenia i przyjemności
penetrowały ich wyobrażenia
pośród przedmiotów
przechowywanych
w płóciennych workach lęków
zaszytych bliznami

bez końca nękany
przez niezrozumiałość doświadczenia
patrzył w jej zielone źrenice
na stosy
chaotycznych wcieleń
ułożonych w ignorowane
traumy słów

czuły neandertalczyk
istniał tylko
gdy wpatrywał się w ogień


WS

niedziela, 17 października 2010

Cztery sążnie - Maria Kryńska-Szostak

w ogrodzie
studnie wyschnięte na cztery sążnie

ramion nie wystarczy
by objąć ani dosięgnąć dna
a łez by napełnić

czasami tylko deszcz
przelotnie przywoła je do życia
jak wilgotne usta

smakuję ich sens

wpuszczam do środka
łodzie bez wioseł

małe papierowe łódki

wirują we mgle
zjawiskowo

Maria Kryńska-Szostak

czwartek, 14 października 2010

Pejzaż II - Magda Raczko-Pietraszek

Rysunek węglem, Magda Raczko-Pietraszek

Styczeń 2008 - Dariusz Adamowski

Jeden dzień w Delhi: dotknięcie
twojej dłoni, kolana. I drugi dzień
z długim uściskiem na pożegnanie.

Na zdjęciach wydajesz się bliski,
bliższy w powiększeniu. Mój,
taki jakim cię chcę: ciemnoskóry,
smutny chłopak z ustami Buddy,
z półprzymkniętymi oczami,
które patrzą.

Mój, kiedy myślę, że to zapatrzenie
dotyczy mnie. Że mnie dotyka.

Dariusz Adamowski

środa, 13 października 2010

Sarmad - Dariusz Adamowski

Źródło tego światła znajduje się w rękach jakiejś innej istoty;
ja widzę tylko taki związek, jaki istnieje między ćmą a świecą.

Muhammad-sejid Sarmad


Na Boga, przyjdzie nam zmienić tę zimę
w piekło. Nie jedno – w całe stosy piekieł,
żeby odnaleźć brąz lata. Bo w niebie
zblednę, zamarznę na amen. Przeminę,

nim wzejdzie słońce w Iranie lub w Indiach.
Dlatego trzeba, by ogień zamieszkał
wewnątrz. Tuż obok obcych bogów wieszam
portret Siemargła, Frejra, Rugewita.

Niech patrzą na to, co ze mną uczynisz,
Chłopcze – księżycu Delhi. Twoje oczy
wejdą w to ciało jak żagwie w zawieję,

żeby podpalić stos. Na nim przyczyny
wszystkich minionych oraz przyszłych nocy
spłoną. W tym ogniu w końcu się ogrzeję.

Dariusz Adamowski

poniedziałek, 11 października 2010

Złoty trójkąt - Dariusz Adamowski

To niemal złoty trójkąt Indii. Agra, Delhi, pociąg
do Jaipuru. Jak to jest, mieć serce w trzech miejscach,
Tinku? I dlaczego niespełnione miłości zmuszają nas
do podróży?

Przebiegam Lipową, nie pamiętam – wzdłuż czy wszerz?
Deszcz jest tak czy inaczej ostatnią współrzędną. Deszcz,
który nie niesie błogosławieństw, dla kogoś
kto myśli wciąż o Saharze, zalanej wodami
całej reszty świata. Nie tylko Oceanem Indyjskim
i Gangesem, Tinku, ale ołowianymi chmurami monsunów
i arktycznym lodowcem. I krwią, i kropelkami nasienia.
To niezwykłe, że deszcz na Lipowej może mnie nie dotykać.
Moje serce, Tinku, znajduje ścieżki w gąszczu i wymyka się
najbliższym. Ty nie uciekasz przed nikim. Siedzisz u stóp Buddy
i cierpliwie obmywasz moje awatary z błota i snu.

Jest pociąg do Jaipuru, kolebiący się niemrawo
wzdłuż Lipowej. Jest okno z widokiem na Saharę,
całą w deszczu. I jest przypadkowa kartka,
na której ten wiersz już się nie mieści. Nie mieścił się
zresztą w mojej głowie od samego początku.
Był jak jeleń tropiony przez myśliwego. Na odgłos
człowieka spłoszył się i skoczył
w trzy strony świata.

Dariusz Adamowski

niedziela, 10 października 2010

Bodhgaya calling - Dariusz Adamowski

Sweet love from Tinku, szepcze jesień.
Sweet love, hinduski książe, to ja - twój wiecznie
nieprzebudzony. Kto zaścielił nam takie łóżka?
I dlaczego muszę spać od ściany?

Na łączach z obcym kontynentem głos
brzmi staroświecko jak echo z wnętrza
muszli. I trochę złowieszczo jak chrzęst słomy
na grzbiecie wielbłąda, co podąża krok w krok
za tobą. Aż w końcu masz widzenie - ecce
homo (choć nie ma na to słów w sanskrycie).
Jesteś tym. Jesteś. Ale to nie to. Nie to.
Skóra nas starannie przykrywa i każdy dotyk
się kiedyś kończy. Zwłaszcza, że nie można pieścić
dwa razy tego samego pieprzyka. Zwłaszcza, że można
używać podwójnych zaprzeczeń.

Zaczynam się zbierać do lotu, niepotrzebnie,
bo nawet przestrzeń jest kwestią zmysłów. Walizki
zdjęcia, spadochrony - wszystko pod ręką. Wszystko,
żeby się kochać bezpiecznie.

Dariusz Adamowski

Drzewo II - Magda Raczko-Pietraszek

Drzewo II, rysunek węglem, Magda Raczko-Pietraszek

sobota, 9 października 2010

Varanasi – decydujące starcie - Dariusz Adamowski

Zdechła święta krowa, wyzwolona, będzie żeglować
Gangesem, aż stanie się rzeką-matką. Lub rzeką.

Zwłoki spalą się doszczętnie, jeśli stać cię na drewno.
Góra popiołów przy brzegu urośnie do samego nieba.

Będą ci proponować gandzię, bardzo dobry towar,
na którym nigdzie nie odlecisz. Raczej odpłyniesz.

Woda przyjmie kwiaty i szczyny. Nie tylko przyjmie,
ale obmyje i uświęci. Pomoże osiągnąć zupełnie inny stan

zamętu.

epistoła - Wojciech Szmigoń

jestem niezbyt oryginalnym grafomanem,
gatunkiem nazbyt chronionym
ponoć z litości.

dzięki klinicznie potwierdzonej niemocy twórczej
mogę udawać hemoroidy w dupie boga,
a czasem nawet pękać

i pisać krwawymi wybroczynami, albo współodczuwać jego erekcję
w żałosnej walce o równowagę psychiczną.
przyjacielu, pocałuj mnie w usta,

a ja dla ciebie zatańczę z pomywaczem w izbie wytrzeźwień.
albo z głupawym uśmiechem, przylepionym do twarzy,
spłodzę kolejną mysz.

WS

Drzewo - Magda Raczko-Pietraszek

Drzewo, rysunek węglem, Magda Raczko-Pietraszek

piątek, 8 października 2010

Rajpath - Dariusz Adamowski

Idąc Rajpathem w stronę Bramy Indii
masz wrażenie, że ta podróż się nie skończy,
że jest bezdenna, niewyczerpana. Nie zbliżasz się
ani nie oddalasz. Niebo oferuje tła – być może

wybierzesz jedno z nich i ktoś cię w końcu zobaczy
w tej defiladzie jak z bajki. A bajki wrócą zamiast ciebie
do domu i opowiedzą całą historię o człowieku,
który musiał iść przed siebie ale nie potrafił nigdzie dotrzeć.

I szedł tak Rajpathem, aż droga się ugięła, pękła
i rozsypała w proch. A człowiek natarł nim oczy
i oślepł. I było mu łatwiej nie widzieć, nie rozumieć,
że zdąża donikąd. Że znikąd pochodzi.


Dariusz Adamowski

OBRAZ XV - Magda Raczko-Pietraszek



z cyklu: PRZESTRZENIE BŁĘKITU, Magda Raczko-Pietraszek

olej na płótnie, 70x100cm, rok 2006

Z Wieży - Magda Raczko-Pietraszek

Łąki po horyzont,
pastwiska,
wypłowiałe kołki płotów.
Drzewa -
wyznaczają przestrzeń.
Nieba
jest więcej
niż ziemi.

29.07.2003

Magda Raczko-Pietraszek

z tomu "Przez Ciebie"

czwartek, 7 października 2010

wtorek, 5 października 2010

*** - Magda Raczko-Pietraszek

Wieża
Pilnująca nieba,
Dumna, wyniosła
I swojska,
Z kamienia i cegły.
Na tle błękitu,
Chmur pędzących,
Deszczu,
Słońca
I ciszy nocy
Wieża w Liwie.


20.08.2003

Magda Raczko-Pietraszek


z tomu "Przez Ciebie"

niedziela, 3 października 2010

*** - Magda Raczko-Pietraszek

Tylko drogi spotykają się
Zawsze w tym samym miejscu.
Ludzie
Mijają się niepostrzeżenie.
Czasem zdążą wyciągnąć rękę,
Powiedzieć słowo,
Czasem jest już za późno.

2.07.2003

Magda Raczko-Pietraszek
z tomu "Przez Ciebie"

Bezczasowość - Wojciech Szmigoń

nieprawdą jest
jakoby był początek i koniec
czegokolwiek
co trwa

nieprawdą jest
jakoby było coś
czego potrzebujemy
bardziej niż
iluzji

prawdą jest
tylko ta chwila
która staje się wiecznością


WS

sobota, 2 października 2010

Odległości - Robert Konca

Pewnie trochę się zdziwisz
Kiedy trafnie ocenisz
Odległość która cię dzieli
Od wszystkiego co widzisz

Nigdy nie spojrzysz
W czyjeś stygnące oczy
Które zdają się być tak blisko
I nigdy nie pocałujesz
Ust co od łez błyszczą
Zaciśnięte aby nie skowyczeć

Do wyciągniętych błagalnie rąk
Nie zbliżysz się nawet o krok
Z bliskiego serca cierni nie wyjmiesz...
Jak krople wody skałę
Dni będą niszczyć cię
Aż przyjdzie zakończyć obserwację

Robert Konca

Dotykaj... - Robert Konca

fot.Robert Konca

…dotykaj mnie
przywołana z mgły

pójdziemy do źródła
i będziemy pić
somę Matki Ziemi

dawną mocą odurzeni
wstąpimy na wzgórze
zapach kwiatów i ziół
rozbłyśnie kolorami
na ciepłym ekranie
zachodzącej gwiazdy

wkrótce
najpiękniejszy do mieszkania
wybierzemy księżyc

ale na razie dotykaj
i ja w Tobie
poumieram z dotyku

Robert Konca

czwartek, 30 września 2010

Deszcz - Robert Konca

już nie pamiętam ile razy
mokłem u stóp katedry
oczekując na przybycie trumny

deszcz w takich okolicznościach
jest częścią ceremonii
trzeba stać z odkrytą głową
i spokojnie umierać
kawałek po kawałku
myśl po myśli
razem z tym
którego wnoszą na ramionach
i nie zastanawiać się
ile jeszcze świata zostało

później wilgotna ziemia
łapczywie wchłonie ciało

nastaną nowe dni
słońce będzie kontrastem
dla narastającej pustki

oślepiające światło zajmie miejsca
na które kiedyś ktoś rzucał cień
a spod ziemi ruszą ku stratosferze
opary biochemicznych przemian

i znowu spadnie deszcz

Robert Konca


Robert Konca u stóp Katedry (fot.Yeti)

wtorek, 28 września 2010

Ontologia obserwowania - Artur Ziontek


Obserwatorium. Antologia słów i obrazów. Siedlce-Radzyń Podlaski 2007

Obserwatorium. Antologia słów i obrazów
to artystyczna książka, która właśnie ukazała się w wydawniczej kooperacji Siedlec i Radzynia Podlaskiego. Książka znakomita! Patronatem objął ją kwartalnik kulturalny "Kozirynek".

Obserwatorium to książka inna i ważna. Wyrasta tyleż samo z działalności literackiej autorów, co i z ich intensywnego myślenia o sztuce, artyzmie i ich kondycji na progu XXI wieku.

Co to za książka? Ano mamy do czynienia ze zbiorem (z pozoru niewinnym i niewyróżniającym się) poezji, małą antologią słów i obrazów - jak dookreśla to podtytuł - czworga poetów, trzech jegomości z Siedlec: Roberta Koncy, Artura Rogalskiego, Wojciecha Szmigonia (debiutant) oraz Magdaleny Raczko-Pietraszek z Ustanowa. Owa prostota postrzegania nieco się jednak komplikuje przy bliższym oglądzie i kontakcie. Zazwyczaj bowiem antologie grupują utwory poszczególnych autorów obok siebie, układając książkę według klucza personalnego. Tu rzecz ma się zgoła inaczej. Prowadzony jest dialog. Już spis treści ujawnia swoistą peregrynację i rozbiegnięcie się autorów po kartach tomu. Tego mocnego poczucia nie zmienia nawet fakt zgrupowania wierszy Raczko - widać tak owa "rozmowa/dialog" się ukonstytuowały. Lektura to potwierdzi.

Narracyjność tomu, jego siła zmiany form i stylistyki, powodują, że jest on otwarty. Czytając go, za każdym razem możemy właściwie odkrywać w nim coś nowego i coś dla siebie. A już to czytając pojedyncze teksty, to znowu poddać się opowieści rysowanej w dialogu. Nie zaburza takiej lektury nawet to, że jednak każdy z czworga poetów mówi głosem odrębnym i może nie zawsze przystającym do reszty. Jednak z tej odrębności bije siła czegoś, z czym dawno już do czynienia nie mieliśmy. Powstał oto swoisty manifest! Mimo że brak tu jakichś teoretycznych wypowiedzi, z koncepcji jasno przebija siła wspólnoty danej grupy. Może nie jedności ideowej w duchu Skamandra, ale tej, w znaczeniu otwartości, życzliwości. Jedności rozumiejącej.

Swego czasu duża grupa młodych muzyków jazzowych nie mogła znaleźć dla siebie formalnie miejsca na polskiej scenie zdominowanej przez monopol "zasiedziałych". Oczywiście można było grać, nagrywać itd., ale z małym rozgłosem i nie na najważniejszych imprezach. z tych ludzi powstał skład "Young Power". Byli groźni - jakby to powiedział Miles Davis. Analogia nasuwa się sama...

Artur Ziontek

(za Siedleckie miniatury. Eseje o literaturze i kulturze, Artur Ziontek, Siedlce 2009)

niedziela, 26 września 2010

Odzyskując kamienne mosty - Wojciech Szmigoń

Wschodnie zakątki prowincji przydają nowożytnym kolonom obaw
W mulistym dnie nikczemnych osadów urzekają kamienne mosty
Pozostawione przez zapomniane duchy w krajobrazach serdecznych

Matkę przewożę dwa razy do roku z miasta do rodzinnej wsi
Na groby bliskich pominiętych przy społecznych przemianach
Od tak dawna jest w drodze do niezaoranego obszaru nieba


Otulony wilgocią dymu porannych mgieł trzciniak głosem ruczaju
Zaprasza na cichość pośród rozlewisk w głąb gęstych trzcinowisk
W plątaninie strug i przesmyków ucieczka zadumą wyczekiwania

Dziadek odszedł nie mając okazji być okaleczonym w wojnie
Milczał chłopom zamiejscowym utrwalaczom władzy ludowej
Żniwując nie zakłócał spokoju obcych klasowo puszczyków


Nie opisze nic zapachu tataraku zatopionego ciszą sierpniowego słońca
Za zielononóżką wydziobującą z sumienia ziarna mieszczańskiej kultury
Rozkładam ramiona do lotu ponad mostem tęsknym kamiennymi łukami

WS

sobota, 25 września 2010

Parzenie herbaty - Alina Joanna Wiśniewska

A czasu nie ma i nie będzie
jest tylko chwila
Odpływają ręce ode mnie i nogi
nie gonię
W samym środku ogrodu piękno
nie może mnie dotknąć
Wszystko co można jednak zrobić w takiej chwili
kiedy chce się być nigdzie
to umieścić się z powrotem w sobie
i zrobić cokolwiek
Zaparzyć herbatę
herbatę
dziesiątą herbatę
być może coś się przeoczyło
choćby to jak herbata
rozwija listki swego losu
nabiera koloru i aromatu
czy można się temu oprzeć?

Tak

Ciało się rozsypuje
I słodycz zawraca niepotrzebna do kwiatów
Trzeba umieścić się z powrotem w sobie
W oczach dłoniach i ogrodzie
...

Zapach przenika ciało
Bo czasu nie ma i nie będzie
Słychać trzask kości wstępujących w siebie

Krzyk rozlewa się po wielkich polach
kwitnących maków
I szczekają przez otwarte okna słowiki

Alina Joanna Wiśniewska

środa, 22 września 2010

Po burzy - Robert Konca

Lęk wyparował z róż
I teraz przyglądają się sobie
Zadowolone z nowej intensywności
Barw i zapachu
Jak nagie kobiety
Na brzegu wodospadu

Cudownie ocalona sójka
Płacze nad spalonym drzewem
Wyrywa sobie pióra ze skrzydła
Aby zrozumieć co się stało
Z jej pisklętami

Burza powróciła
Do oczu Boga

Robert Konca

z antologii "Rzeki epizodyczne"

wtorek, 21 września 2010

Ptyś ikoniczny - Alina Joanna Wiśniewska

więc ptysiu, słowiku, małpko objazdowa
dookoła świata my
zataczając coraz szersze kręgi
ptysiu, świnko, zajączku, ogrodniczku, karmicielu ptaków
idziemy razem jak dzieci
utuleni w płaczu do snu
żaden święty tak by ikony nie namalował jak my idziemy
trzymając się w objęciach
wcale się nie dotykając
ale ty jesteś ptyś, słowik, bohater

Alina Joanna Wiśniewska

niedziela, 19 września 2010

obsesja - Wojtek Szmigoń

ja niedojrzały wariat
a ty gdzieś tam
kiedyś cię spotkam
przyniosę ci jak lubisz
zimne piwo
z radzieckiej lodówki
albo wino zagraniczne
językiem dotknę twoich
wrażliwych warg
a mój wewnętrzny chłopiec
dostanie na kino
sam zje zimną pizzę w tekturowym pudełku
potem zaśnie
przejęty ciekawością odkrycia
moich dzisiejszych spraw
zapiszę mu do zapomnienia
dźwięki usypane
w kurhany doznań
opowiem o nieuchronności pragnień
gdy ciemna rzeka wyleje
całkiem słona i naga
w meandrze żółtej wersalki
pod babcinym obrazem Maryi
w złotych ramach
zapamiętam deseń twojej skóry
pachnącej karmelem
i kozim mlekiem
opętany układem limbicznym
wedrę się w ciebie
zanim poznam twój krzyk


WS

środa, 15 września 2010

Nie namalowany obraz - Robert Konca

Szare
Ascetyczne tło

Na peryferiach płótna
Ledwie widoczna postać
Jakby zaskoczona przez obserwatora
W stanie pośrednim
Między gęstością a eterem –
Nie wiadomo
Czy właśnie się pojawia
Czy rozpuszcza w tle

Ten
Który płacze we mnie
Tak by to zostawił

Ten drugi –
Szalony błazen
Którego śmiech
Słyszę nazbyt rzadko
Dodałby kilka
Zaskakujących detali :
Cień jednorożca na tarczy zegara
Na którym dochodzi dwunasta
I papierowy, niemal umowny okręcik
Z żaglem przypiętym szpilką
Której czarna główka
To stężony niepokój wszechświata
Na chwilę przed ekspansją

Robert Konca

wtorek, 14 września 2010

Wiersz dla Pawła - Robert Konca

Wiem, że mnie teraz słyszysz.
To niemożliwe, abyś był tylko tam,
w tej drewnianej łodzi pod powierzchnią ziemi.
Patrzę na ciebie nie zniżając wzroku
i myślę o tobie w czasie teraźniejszym,
słysząc twój głos jestem przeświadczony,
że to nie złudzenie… Czy chcesz mi powiedzieć
że nadal śnią ci się spadające gwiazdy,
miłość bez cienia zazdrości i zdrady,
mimo że wybrałeś nagłe przebudzenie
jednym strzałem niszcząc widma w swojej głowie…
Teraz już nic nie zmieni twoich postanowień.
Dzieliło nas wiele lecz dziś w zawrotnym tempie
Zbliżam się do ciebie i ty wiesz o tym lepiej.

Robert Konca

sobota, 11 września 2010

WYSPA - Artur Rogalski

A po co mamy ulegać
rzeczywistości
oddawać hołd pająkowi
to tylko wzmocni jego sieć

wrzaski i szarpanina
przyspieszą nieuchronne
lepiej przygotuj plan ucieczki
i zniknijmy stąd cichutko
umknijmy po trzykroć

nie zapomnij tylko
że wyspa ma być rajem
nie zabieraj ze sobą gniewu
w przeciwnym wypadku
już nie uciekniemy przed sobą

zabierz tylko ciszę
syberyjskich przestrzeni
niech królowa śniegu
nauczy sztuki rezygnacji
zmysłowe palmy
i kiście kwiatów

Artur Rogalski
Wiersz z książki: "Obserwatorium. Antologia słów i obrazów"

poniedziałek, 6 września 2010

[nie chcę już pytań...] - Artur Rogalski

nie chcę już pytań
po co dlaczego w jakim celu

myślę tylko o tym
że chmury gęstnieją
błękit i czerń
łączą się
będzie burza

jeśli nawałnica nadciągnie
to dziś wieczorem na łowy nie wyruszą
głodne nietoperze
tak się stanie bo wszystko wydarzyć się musi

za kilka godzin po raz kolejny
zmierzę się z nocą i przemijaniem
banalne utarczki
niegodne wspomnień i kronik

tylko moje kroki
na schodach starych kamienic
prywatny świat
zamknięty granicami źrenic
umysłu i dotyku
osobisty kosmos

i jakbym sam siebie widział
w odległej przestrzeni obrazu
gdzieś przypadkiem kaprysem artysty
rzuconego na drugi plan

lub sztycharza
żartem tylko
wyrytym w sielskiej płaszczyźnie krajobrazu

Artur Rogalski

Wiersz z książki: "Obserwatorium. Antologia słów i obrazów"

sobota, 4 września 2010

Mustango - Artur Rogalski

semantyka organizmów - Wojtek Szmigoń

wydobyć z wnętrza miasta: ułożyć
na wprost języka.
dalej za mapą sylogizmów, ciało obrócić
w kształt. potem przesuwać dłonią
i operować palcami, nie używając ust
wdech… i wciąż ten sam smak
ziemi znad jeziora.
tatuuję postulat: człowiek podświadomy.

potem zamykam się na ewolucję,
w niej mokre sny kończą się
sztucznym oświetleniem, oczekujemy
jasnych słów. nocą przywieramy
do naszych nieruchomych ciał.


WS

*** - Wojtek Szmigoń

wrzucam do studni płaskie otoczaki
wypowiadając słowa
wrażliwy, podły, ambitny
za każdym razem tworzą się
takie same
koncentryczne kręgi na wodzie

WS

środa, 25 sierpnia 2010

Ocalony - wspomnienie z dzieciństwa - Robert Konca

długo leżałem na łące nad rzeką
nieskończenie wolno wlókł się nade mną
przez niebo obłok
aż wreszcie zamienił się w szkielet
i sypał mi w oczy biały proch
ze swoich starych kości

i usłyszałem głos :
ja jestem Panią
która być łaskawie pozwala
przez chwilę
i znikomość obnaża w was
myślących że nigdy nie umrzecie

śmierć mówiła do mnie
zatykałem uszy
była wewnątrz
objęła spękaną pustynię serca
w wieczystą dzierżawę

potem ucichła
jakby wstrzymała oddech
chyba weszła w rzekę
albo usnęła w mojej krwi

niedaleko
rybak zdejmował z haczyka
małą senną rybę


Robert Konca

Z cyklu: Przestrzenie błękitu - Magda Raczko-Pietraszek

wtorek, 24 sierpnia 2010

Telgart - Robert Konca

kiedyś żyli tu Celtowie

w okolicznych górach
przetrwały jeszcze
zaklęcia druidów

drzewa
świadome swoich znaczeń
i miejsca w prastarym alfabecie
rozmawiają z umysłami wędrowców
przekazując im swą moc
niepokój i szaleństwo

dziś w miasteczku
przeważają Romowie

całe dnie spędzają na ulicy
jakby czekali na czyjeś przybycie

w przerwach chodzą do sklepu
i kłócą się ze starym sprzedawcą
o ceny wina i szmacianych lalek

kiedy usiedliśmy z Wojtkiem
przy stoliku przed barem
podano nam świeże warzywa
i buteleczkę oliwy extra-virgin
o nazwie Borges

przechodząca obok Cyganka
poprosiła o papierosa

pod ogniem słońca
jej smutne źrenice
błyszczały od dojrzewających wróżb

coś powiedziała w swoim języku
który był dla mnie muzyką
jak oniryczny śpiew
Lisy Gerrard

później
pełni szeptów i przeczuć
poszliśmy z Wojtkiem na autobus
który nie przyjechał

Robert Konca

niedziela, 22 sierpnia 2010

Czarna Bogini - Robert Konca

przyjechałaś na pogrzeb
do powiatowego miasta S.

uwięziony w kręgu cienia
patrzyłem jak idziesz
obleczona w czerń
przechodzisz tak blisko
że mógłbym Ci ofiarować
eteryczna pieszczotę
gdyby nie zakrzywienie przestrzeni
w których to co bliskie
staje się nieskończenie dalekie

spojrzałaś w moją stronę
ale promienie Twoich oczu
nie utworzyły mojego obrazu
z wirujących drobin chaosu

wtedy zrozumiałem
że mnie tu nie ma,
że leżę w tej trumnie
którą właśnie wnosili do katedry
krzepcy chłopcy z firmy charon
albo elisium

i poczułem że coś
wyrywa mnie ze mnie
pozwalając zachować w spadającej pamięci
te chwile gdy mnie zostawiałaś
by wrócić do swojego odległego życia
a ja patrzyłem
za każdym razem mniej materialny
jak znikasz za rogiem ulicy
i jeszcze usłyszałem
miarowe, przytłumione dźwięki
wibrujące w bluźnierczej amplitudzie otchłani
jakby bestia uderzała w dzwon
w głębinach oceanu

Robert Konca

piątek, 20 sierpnia 2010

Przystanek pośród torfowisk - Wojtek Szmigoń

Na tym przystanku nigdy nie zasypia obojętność
Tutaj nie zagląda nauczyciel, nie płacze błazen
Pod drżącymi dachami porcelanowych domów
Mężczyźni kochają się w satynowych oczach kobiet

Nasz świat zaczyna i kończy się zawsze w zapatrzeniu
Na brzegi naszych lęków wypełnionych torfowiskami
Przychodzą dzieci żeby popatrzeć na wypalanie traw
Śmiejemy się razem, do pierwszej utraty przytomności

Mój ojciec był stary; jesienią umiał zbierać grzyby
Nazywać je i suszyć pomiędzy żeberkami grzejnika
Moja matka miała palce żółte od tytoniowego dymu
Paliła częściej niż mówiła; żyła w zgodzie z naturą

Chodźmy przyjacielu, pooddychać powietrzem urojeń
Przegrajmy, żeby zakochać się w ludzkich kłamstwach
Uczucie zwycięstwa pozostawmy sennym barbarzyńcom
O łatwych i dostępnych twarzach

Wojtek Szmigoń

18.06.09

czwartek, 19 sierpnia 2010

Mówię do siebie nie patrz... - Robert Konca

mówię do siebie nie patrz
nie patrz tak często w chmury
choć wspaniałe są i delikatne
i niebo nad nimi tak jasne
jakby z wody wydarte wspomnienie
jednak mówię do siebie nie patrz
nie patrz bo gdy czas się skończy
nie miedzy chmury wejdziesz
lecz między kamienie i osty

Robert Konca

środa, 18 sierpnia 2010

Z cyklu: Twarze (6) - Iza Staręga


duńska panienka - Wojtek Szmigoń

trąciłaś strunę jak
śmierć pragnień
napięta w oczekiwaniu bólu
muzyka wyprowadziła
się na pola pełne zbóż
przecież tak daleko jesteś
dalej niż rozkosz

niech więc falują nam ostatnie wibracje
zmieniają się obrazy na kolor szkarłatu
widok i myśl czasem bywają bezużyteczne
przedwieczne

ktoś kto noc opowiadał tylko językiem
znowu przypomniał mi o wszystkim
smakiem słonym

Wojtek Szmigoń

wtorek, 17 sierpnia 2010

Pieśń dla pesymistyka - Robert Konca

Gdy budzisz się o świcie bez pamięci
i w obcej geometrii szukasz swoich śladów
nic tak nie przypomni ci siebie
jak nabity rewolwer w szufladzie

gdy w sercu czujesz igłę melancholii
spóźnionej miłości przytłoczył cię spadek
nic tak nie pozwoli zapomnieć
jak nabity rewolwer w szufladzie

Gdy to co światem się nazywa widzisz
i zaczynasz wątpić w świadectwo swych wrażeń
nic tak do prawdy cię nie zbliży
jak nabity rewolwer w szufladzie

Robert Konca

Most - Wojtek Szmigoń

nie patrz tak na mnie
świat zmienia zamiary
a ja jestem tylko barmanem
na statku płynącym przez most

Wojciech Szmigoń

piątek, 13 sierpnia 2010

BAR CHIŃSKI - Artur Rogalski

W próżni barowej kuchni
Czang unosi tasak
i na chwilę nieruchomieje

bo zaglądając w korytarzyk
zakończony kiblem dla personelu
przypadkowo doznał oświecenia
dostrzegł lustra wieloświata

ziemia jest piekłem
miejscem zsyłki za kosmiczne zbrodnie
zaś ludzie - to seryjni mordercy galaktyk
podpalacze supernowych
ukarani zamianą
potwornych atomowych korpusów
na wodniste ciałka

ciałka nakłuwa się igłą pamięci
aby w bezchmurne wieczory
mogły wessać
obrazy Mgławicy Kraba
a nocami
przez szparkę snów
wydalić lepkie koszmary

*

zanim ostrze opadnie
Czang już wie
ponieważ wszechświaty
giną podczas przerwy na kawę

należy docenić
łodygi w pączkach
bramy w bluszczu
zmierzch w gwiazdach

i piec w ogniu

po brzegi

Artur Rogalski

Niemy - Wojtek Szmigoń

czuję jak mnie wymyślasz.
czasem jakby wbrew sobie potrafię wpełzać
pomiędzy głosy i słuchać
jak milczenie wydobywa się
z twojej przepony, wypełniasz mnie
czymś więcej niż treścią.
trwasz od zawsze, potem zapominasz,

decydujesz i głośno pytasz,
jak daleko stąd do słów. w tle krzepnie
bezmiar prostych czynności.
z a m a r z a m
i znów jestem niemową w krypcie,
któremu lód przecina rękę
poniżej łokcia,
zawsze od wewnętrznej strony.

od rodziny dostaję obce oczy.
gdy majaczenia ściekają po spiżowych twarzach,
oczekiwania starej matki dryfują w dół,
pod powierzchnię zjawisk.
kultywuję obłęd. cicho zamykam drzwi

i na schodach do świątyni zdejmuję buty.
z tobą dołączam do procesji martwych,
żeby potem wewnątrz ścian,
jak zwierzę wzdychać do kapłanki.
noc wyciera niewidoczne ślady.

WS

środa, 11 sierpnia 2010

FUGA III - Artur Rogalski

KARL RICHTER GRA TOCCATĘ BACHA


superpozycja melodii
to znane dźwięki
zamknięte w oczekiwaniu
jak kot Schredingera
w śmiercionośnym pudełku

w oczekiwaniu
na co?
przecież pamiętamy linię melodyczną
czego chcemy
od już poznanego?

kontynuacji
raz otwartej tajemnicy?

może dzisiejszy wiatr
pragnie aby
melodia była głośniejsza i szybsza
wczorajsze słońce
domaga się mocniejszego
nacisku na radosne nutki
zaś jutrzejsza dziewczyna
marzy aby mistrz
delikatniej muskał klawisze

a on spogląda od niechcenia
w pięciolinię Toccaty jej życia
i prostuje palce

sygnet błyska jak gwiazda

szybko
pomyśl życzenie

zanim Karl Richter opuści dłonie

Maria Kryńska-Szostak

niedziela, 8 sierpnia 2010

Kobiety z tsunami - Maria Kryńska-Szostak

rodzą dzieci pod wodą
wiedzą jak obudzić drzewo
cały las

potrafią nazwać syna
znają położenia geograficzne miast
schematy wiertarek

mają rozpisany czas
na słowa cięższe od powiek

zapas plastrów i szminek
w plecaku kanapkę
i powrotny bilet

dzisiaj je spotkałam
zamiatały morze

Maria Kryńska-Szostak

piątek, 6 sierpnia 2010

narkoza - Wojciech Szmigoń

wzrok podąża za obrazem rozpełzających się linii,
rozpadają się
na ślimaczące się odcinki, lepią się
do geometrii udawanych mebli. wtedy unoszę
krzesło albo inaczej, to krzesło
wraca do mnie echem,
przede mną długa droga do łóżka.
wędrujemy za parawan.

potem przychodzą wtajemniczeni,
a może żołnierze?
i ten dręczący odgłos kroków.
pierwsze pytania słychać po drodze.
cisza na trzy: raz, dwa, trzy!
melodia pełznie tuż za rytmem. szukam
po omacku fraktali, byle dotykać,
byle poczuć chłód.

w snach wibracje, rozsypane jak paciorki
i światło posklejane
bez formalnej logiki, potem zmęczenie ciszą.
przepraszam, czy ktoś tu jeszcze oddycha?
w tle jakby tępy szloch
i wspomnienie plam na spodniach.
brak oddechu, oczy za oknem.


WS

poniedziałek, 2 sierpnia 2010

FUGA I. VALKOINEN KUOLEMA. - Artur Rogalski

lato

motyle
sączą zastygłe w zieleni kolory
skrzydełka muskają pręciki i płatki
chwilowe obiekty uwielbienia

zima

głodny myszołów
przylatuje do karmnika pod oknami
połyka w pośpiechu resztki mięsa
zanim zastygną na kamień
i wabiony ledwo słyszalnym wezwaniem
skrzypiącej od bieli przestrzeni
odlatuje

*

w południach
pławi się miłość
północą przychodzi
śmierć

gdy obie rodziły się - w wodzie
lody fiordu trzeszczały z bólu
a otchłań cypryjskiego morza
falowała pożądaniem

*

smugi kadzideł z bursztynu
to suknia karminowej pani
kluczącej labiryntem pragnień
od komnaty do komnaty

zaprasza
kusi
oddala

i znika

wtedy przychodzi biała

potrafi wytropić nas wszędzie
niczym Simo Häyhä rosyjskich żołnierzy

jak on - zawsze trafia do celu

o tajemnicę skuteczności
nagabywało ją wielu
z początku szeptała - nie rozumiem
teraz odpowiada słowami fińskiego snajpera:

praktyka

robię to co do mnie należy
najlepiej jak umiem

Artur Rogalski

poniedziałek, 26 lipca 2010

Czułość - Dariusz Adamowski

Jackowi Dehnelowi

Śnieg. Śnieg bez końca i początku.
Zima wprowadza się na ulice, gdy zapominamy
o minionych wiosnach. O miliardach lat. Wciąż
są tu ludzie. Coś nas wygania, lecz nie jest to czułość.
Raczej kompulsja, paląca chłodem konieczność
bycia częścią entropii. Przeczuwamy
jak to będzie, gdy wszechświat się rozejdzie
w szwach, gdy zgasną piece. Będziemy oddychać
w kosmos, w czarną paszczę niepojętego,
które chce od nas tej odrobiny czułości,
której oddać nie chcemy. Choć wiadomo
że oddech jest tylko pożyczką. Że pocałunek,
nawet najzimniejszy, trzeba odwzajemnić.

Dariusz Adamowski

poniedziałek, 19 lipca 2010

Mała improwizacja – Robert Konca

Wojtkowi zapodaję…

Mam kres w nazwisku
chociaż bez kreski nad n,
naturę wszechświata wyjaśnił mi
we śnie bezpański pies.

Mógłbym być sędzią, adwokatem
ale kładę na to lachę;
śmieszy mnie ich zarozumiałość
jakby połknęli wiedzę całą.

Jestem śmietniskiem sprzeczności –
artefaktów utraconej jedności.
Z jednej strony jestem potworem
jak Godzilla albo Hedora,
z drugiej – wrażliwym facetem
który kocha zamężną kobietę.

Nie raz w pierdol dostałem,
nie raz też oddałem
jak bohater ostatniej akcji
ale bez satysfakcji.

W osiemdziesiątych, jak Jaruzelski władał,
z Pietruchą byliśmy w Bieszczadach.
Postanowiliśmy przed wejściem na Krzemieniec
irokezy wygolić kamieniem.

W Jarocinie na cztery osiem mnie zamknęli
za udział w surrealistycznej rebelii
przeciw wszystkiemu… Zakuli w kajdany,
niebieski najpierw uderzył parę razy,
potem nad kartoteką pochylony
spytał : Licealysta, kurwa, co tu robisz ?
- Pierdolę komunę i kapitalizm !

Wojtas, Pietrucha, Slayer –
nie było takich czterech
gdy szliśmy drogą do zatracenia
metodycznie, ale od niechcenia.

Później wszyscy poszli w swoją stronę,
zataczając krąg, by spotkać się ponownie
na cmentarzysku złudzeń, siekierą losu głaskani…
Lecz żaden z nas nie dał się zmiażdżyć.

Nie wiem jak przetrwałem schizy, melancholię,
może po prostu oswoiłem się z mrokiem,
jak ślepy gryzoń medytujący w grocie…
Siedem lat pełzałem na autopilocie.

Mój świat co chwilę się rozpada,
na nowo muszę go składać
z atomów, wspomnień i przeczuć,
głodnym demonom na przekór.

Wojtek – stary Bałcie – posłuchaj :
Jesteśmy pyłem wagi ciężkiej
miotanym z miejsca na miejsce,
tylko nie wiemy, kto nas dmucha.

I pewnie znasz to ukłucie bezradności,
gdy chce się komuś powiedzieć o miłości,
jednak przez zbroję przedostaję się na zewnątrz
tylko strzęp metafory lub przekleństwo.

Mam kres w nazwisku
chociaż bez kreski nad n,
naturę wszechświata wyjaśnił mi
we śnie bezpański pies.


Robert Konca

niedziela, 18 lipca 2010

Krowa, która była zegarem słonecznym - Robert Konca

Dla Magdy i Wojtka

kiedy rano wyruszaliśmy w góry
z błyskiem zdobywców w oczach
ona stała na pochylonym pastwisku
skubiąc trawę

gdy wracaliśmy późnym popołudniem
wciąż tam była
pozornie nieruchoma,
wyglądała jak pogrążona w medytacji
i nigdy nie usłyszeliśmy ryku skargi
czy jęku tęsknoty za zmianą

ta sama Zielona Bogini
która karmiła nas absyntem
napełniała brzuch krowy
kwiatami i trawą

czasem patrzyliśmy na nią
wspominając piwo wypite z Jezusem
a raz – gdy rozmowa z Eliota i Mahona
zeszła na nasze ulubione
kino oralnego niepokoju
zauważyliśmy że krowa
wolno niczym wskazówka godzinowa
obraca się zadem do słońca

nikt nie widział kiedy znikała
być może odpoczywała od czasu
zasypiając w ciemnościach
gdy sekundy kątowe odeszły
by dręczyć świat za horyzontem

w jej chtonicznych snach
nasze wiersze wracały
do kamiennych gardzieli wąwozów
by stać się tym czym były
zanim pochwyciła je grawitacja słów


Robert Konca

czwartek, 15 lipca 2010

nie potrzeba wiedzieć kiedy coś się kończy - Wojciech Szmigoń

słowo pańskie wkładane pod język przez krótką chwilę ścieka do wnętrza.
potem otwierasz się na katechizm, oddychasz nieregularnie, krótko,
czasami zbyt boleśnie. przez sztywniejące palce oglądasz kretyńskie gadżety,
odjęte od całości, wykastrowane. odłożonym w głębokich szufladach planom nucisz
kiedy czasy niepewne aktor mówi szeptem – kocha się często w wystawianych sztukach.

a przy okazji budowania domu przesypuje się piach.
dlaczego zapamiętałaś
właśnie te słowa? potem krople krwi a może potu na podłodze. i każda kropla
jak rtęć w inną stronę. czasem tłumaczysz dzieciom, że obowiązek jest przerwą w podróży,
przy samochodzie ukochany oddaje mocz na stojąco. myślisz wtedy o nas?
pamiętasz, zabawa w chowanego zaczynała się zawsze od pokoju z tanią wersalką.


WS

wtorek, 13 lipca 2010

jeden jest rytm - Wojtek Szmigoń

na początek zabij mnie przez rozchwianie i gorączkę,
bo nie zostanę kimś z zasadami. może zrozumiesz,
że ledwie mogę jak łotr zasypiać w knajpach. a tam ocean,
gdzie nikt nie błogosławi ślepca, ludzie łączą się w pary,
trwa nie warta słów komedia. tam wciąż kochamy
nasze katastrofy. nawet, gdy brzydzisz się, że tak piszę
bez skruchy. i wskazujesz na szczerych ludzi,
którzy nie wierząc w nic omijają parkingowego pijaka.
nie mam już żadnego boga do odkrycia, po kolejnej porcjach
wieczornego szoku, streszczam życie w salach,
pośród stolików brudzących popiołem, żeby potem to wszystko
wypisywać hardo na fasadach. już chyba tylko po to, żeby wytrwać do/ rana,
śnię, że tak bluźnią drzewa. i bezradnie grzeszę,
na wojnach podłych nie szukając szczęścia.


WS

niedziela, 11 lipca 2010

agnozja - Wojciech Szmigoń

nie jesteś moją własnością.
zdradziło mi to wycie wilka w komórce
lub jego piwne oko za butelką? a z drugiej strony,
łatwiej jest myśleć w prostych kategoriach:
mieć cię na własność, oceniać, wypełniać
i wypasać na łąkach własnych krzywd
wyrachowane ego. o ile trudniej zrozumieć,
że pościel wciąż jest biała, pomimo plam spermy i krwi.
zaschniętych, na krótko wrzucanych do pralki.
powtarzaj za słowami pieśni: nie zamykaj oczu,
nie wierz w pustkę.

a teraz śmiej się, bo jestem maskotką
gdy na przystanku czytam bogini cudze wiersze.
potem widzę coś tak nieprzyzwoicie potwornego
jak iluzja beltane, wtedy myślę, że tak naprawdę
mnie nie ma. tej nocy wiatr znowu przywołał odległość,
– samotność kukiełki. gdzieś tam błyszczy ostrze
w dniu urodzin brzydkich kobiet, bez twarzy.
tutaj kwitną usta, wszystko zdarzyć się może.


WS

czwartek, 8 lipca 2010

PO TO - Dariusz Adamowski

Noce czerwca, gdy niema czerń
zaczyna się tuż przed północą.
A potem nagły świt, świst ptaków
i zapowiedź słońca - przeciągły brzask.

Budzisz się.

Zanim wyłowisz nazwy, cudze imiona.
Zanim pierwszy raz zmrużysz oczy,
by dalej śnić, panuje lato, jedyny smak.

Leżysz, oddychasz i piszesz po to,
żeby nic.

Dariusz Adamowski

sobota, 3 lipca 2010

Czerń - Alina Joanna Wiśniewska

Jest mgła, w której poruszasz się miesiącami
Wilgoć w płucach, którą chce się wygonić żarem papierosa
Wszędzie dookoła rozlane mleko
Nad którym można płakać
Bywa też noc, która zastaje nas w środku wielkiego miasta
Gdy nagle gasną wszystkie światła
A oko nie dostrzega nawet szarości
Jak poruszać się w czerni tak gęstej?
I czego się bać?
Idę
Chyba do przodu
Z szeroko rozłożonymi rękoma
Gotowa przyjąć cokolwiek w nie wpadnie
W oddali dostrzegając niebieskawe światełko i most
Który powstaje po to
By można było przejść na drugą stronę
Czerni
I niepewności
Niepewność otwiera ręce jeszcze szerzej

Alina Joanna Wiśniewska

środa, 30 czerwca 2010

łódź - Wojciech Szmigoń

dla MG

miasto pęka. otwiera się
miękka skorupa jaja, płynie śluz.
w nim czerwone pisklę szuka
cienia. jest wiele znaczeń.

samotność dotyka samotności
i nie istnieje czas, gdy ostry smak
na języku, a w dłoniach skurcz,
niezamierzone konwulsje.

film odtwarzany wstecz, do źródeł,
miłość staje się bogiem, nikt nie stoi z boku,
a w wypełnianych otworach ciała
przypływy. i nigdy nie pytaj o śmierć


WS

poniedziałek, 28 czerwca 2010

asymetria - Wojtek Szmigoń

droga do dworca prowadzi wzdłuż murów
więzienia. wilgoć konserwuje skórę,
wciąż ślepą i niemą,
czułą na deszcz.

na zbyt krótkich peronach mokną
pasażerowie i kwiaty
asymetrycznie rozsypane
pomiędzy szyny twarde jak rdza.

świnie! kurwy! świnie! kurwy!

jej czuły język skierowany do najbliżej istoty.
tak pozdrawia kobieta znikąd. przenika,
depcze żółte wargi kałuż. kiedy odejdzie,

nie musisz o nic pytać.


Wojtek Szmigoń

sobota, 26 czerwca 2010

JIHAD - Dariusz Adamowski

Wojna. Tak nagle przychodzi mi do głowy
to słowo. Rzecz na opisanie stanu rzeczy.
Jedna z Ostatnich Wojen. Nic mnie nie uchroni.

Żyłki, srebrzyste ścieżki biegnące z tranzystora do układów
scalonych. Elektrowstrząsy łączą mnie z chaosem. Niemrawa
myśl, która zaczyna się o siódmej rano nad poranną kawą
realizuje się w nagłej śnieżycy, w braku wody, w wybuchu
samochodu pułapki, w bankowej katastrofie, w zasiłku, w odwilży,
w gwizdnięciu czajnika, w słodko-gorzkim smaku na języku.

Nie wystarczy uzbroić się w cierpliwość.

Trzeba przeskoczyć tę górę dziesięć razy. Trzeba się odzwyczaić
od przyjemności, przyjemnostki, od każdego przerażenia
i strachu przed strachem. Odwyknąć od życia.
Od śmierci.
Od czasu.

Dariusz Adamowski

powrót - Wojtek Szmigoń

powrót
policz deski, ślady pod dywanem
i mijane drzewa. opowiada radio

na baterie: jest ciepło, więc nie pytaj
o powódź w Chinach. świnie
w ciągu kilku dni siwieją, od stresu.

i wciąż nie wiadomo, po co
każdy dźwiga cały świat, pełza
wbrew bogu.
tutaj metafora: własny strach.

gdy nie nadajesz imion aniołom, gołębiom
i pamięci po wróblach, wystarczy
śmiech, zapach migdałów na skórze.

razem poszukamy kuchennego stołu, nie przesadź
z modlitwą ani z przekleństwami.


Wojciech Szmigoń

piątek, 25 czerwca 2010

względy pozamaterialne - Wojtek Szmigoń

pij wodę powoli. przecieka
przez ścianki żołądka. w naczyniu
krople przeistaczane w krew,
pot i jęk.
na początku historii pojawił się
chyba bóg, potem
już tylko człowiek. płynie
w łodzi, unoszony donikąd.
nie bój się, dodaj apostazję,
wypowiedz słowa: miłość nie zaczęła się od prochu.
gdy ona dostanie małe słońce. ich dwoje
już w jednym. bez wioseł,
bez rzeki, bez świateł. chłód powietrza
i ruch ramion.

Wojciech Szmigoń

czwartek, 24 czerwca 2010

*** Robert Konca

wewnątrz dzieje się tak wiele
na zewnątrz nic
czasem tych parę kropel życia
zmarnowanych na jej brzuchu
potem piwo rozmowa
o wszystkim o niczym
nigdy o przyszłości

wewnątrz wszystko jest inne
miłość do wymyślonej osoby
daje nadzieję przetrwania
jest wolna i czysta
wewnątrz logika wszechświata
przewiduje nasze istnienie
myślę że jest to lepszy rodzaj fikcji

Robert Konca

wtorek, 22 czerwca 2010

Pod okiem Izy Staręgi


W piątek, 25 czerwca o godz. 19.00 w Pubie Mylna przy ul. Orzeszkowej 2 rozpocznie się wyjątkowo ciekawy wernisaż malarstwa pt. „O.Tworzyć”.
Autorkami obrazów olejnych są siedlczanki, które uczestniczą w zajęciach nauki malarstwa w pracowni Izy Staręgi oraz pracowni Klubu Spółdzielczego „Trójka”.
- To projekt dla osób dorosłych. W naszym mieście jest wiele sekcji plastycznych dla dzieci i młodzieży, ale dorośli, którzy kochają malarstwo i chcą się jego uczyć, nie mieli dotąd takiej możliwości – mówi Iza Staręga.
Od roku prowadzi lekcje pań (dla panów także, ale nie zgłosił się nawet jeden rodzynek!). Efekt jest wspaniały! Zobaczymy go na wystawie. (za Tygodnikiem Siedleckim)

poniedziałek, 21 czerwca 2010

BEZ - Dariusz Adamowski

Cały ten tumult, natłok ciebie. Chciałbyś
oświetlić wszystko jednym punktem widzenia.
Jak latarnia morska, która nie nadąża. Nie nadąża
język, głowa. Światło jarzy się coraz jaśniej.
Opowiadasz historię, parząc ludziom ręce.
Widać mięśnie, żyły, nerwowe zakończenia.
Film bez przerwy się wyświetla. Klatka za klatką
prześwietlasz taśmę, rzucając cień we wszystkich
kierunkach.

Wywróć to na lewą stronę. Wywróć wszystko.
Zamieszkaj na zewnątrz, ze światłem. Bez kogoś
w środku.

Dariusz Adamowski

WIERSZ DLA MARII - Robert Konca

jeśli chodzi o nasze samotności
to masz rację:
najczulszy dotyk dłoni
jest tylko sygnałem dla nerwów
aby rozpoczęły podróż w górę w dół i w głąb
i jest przyczyną tęsknoty
za następnym czułym dotknięciem

tacy jak my muszą być pewnie sami
i aż do końca ścigać swoje dusze
w labiryntach przeklętych ciał
wiarą lub alkoholem uspokajać
pędzące serca samotność
zbliża nas ale i dzieli straszliwie
na dwa tajemnicze pragnienia

Robert Konca

niedziela, 20 czerwca 2010

DRUGI WIERSZ DLA JOHNA FRUSCIANTE - Dariusz Adamowski

I'll pay to cut me out
J. Frusciante


To tylko śnieg, John, tylko śnieg. Posłuchaj
jak skwierczy na gałązkach i resztkach liści,
na foliowych torebkach. Wszędzie.

Chmury piętrzą się, niż za niżem. Chwile
zamieniają się miejscami i w ten sposób tworzymy
wieczność. Czy to zmęczenie ma jakiś kres,
John? Zmiana czasu miała przynieść odpoczynek,
ale nie spaliśmy dłużej. Wycięliśmy tylko łatkę w czerni
przez którą widać zimową noc. Teraz trzeba będzie
nieustannie sztukować, doszywać. Coraz więcej
wspomnień, coraz więcej przyszłych chwil.

Jeśli kiedyś spotkam jedno z moich wcieleń, czy nadal
będę rzucał cień? Nie wiem, widzę tylko mgłę,
odkąd w moim oku zamieszkał szron.

Dariusz Adamowski

sobota, 19 czerwca 2010

PUSTKI - Dariusz Adamowski

Śnieg znikł. Pola są puste, czarne.
Takie jakimi wszystkie pola być powinny.

Jak przestrzeń w ogromnych dziurach
między gwiazdami. Jak połacie bezczasu w atomie,
oddzielające jądro od elektronów.

Wszystko co się przejawia w ten bezchmurny
marcowy dzień, gdy idę na spacer, przypatrując się
sile ciepłego wiatru, pustego w swej naturze,

jest tym co widzę i czuję. Wszystkim. Niczym
więcej.

Dariusz Adamowski

wtorek, 15 czerwca 2010

LOTOS - Dariusz Adamowski

Tej wiosny sady kwitną tylko nocą,
na granatowo. Żadne inne barwy
nie kuszą ludzi. Nasz wszechświat jest czarny.
Niech białe kwiaty zgasną, niech nie mącą

percepcji. Rzeczy wokół ciebie nie chcą
być oglądane. Wolą doświadczenie
od najczulszego opisu (niewiernie
smakuje). Rzeczy nigdy się nie zmieszczą

w języku, w żadnym obrazie czy skanie
rzeczywistości. Nocą bez wahania
stają się sobą: przejrzyste i nagie.

Są częścią ciebie. Zapisujesz zdania,
atrament kapie na zwęglony papier -
na czarny lotos. I świat się odsłania.

Dariusz Adamowski

sobota, 12 czerwca 2010

*** - Eliza Krawczuk

zapamiętałam cię wyższego

bo twoje oczy
były dalej
niż dłonie
które uparcie poprawiały
opadające ramiączko
mojej bluzki

a ono tak bardzo chciało spaść ci do stóp


Eliza Krawczuk


(Z tomu "W czerwieni się zmieszczę", Konfraternia Kozirynek, 2010)

czwartek, 10 czerwca 2010

raport z oblężonego portu - Wojciech Szmigoń

zbyt daleko, żeby zrozumieć gwałt. na odkształconym fragmencie
stali balansuje linoskoczek. kiedy ostrze poszuka mięsa
powstaną rany, z tłumu dochodzą krótkie okrzyki
lub jęk zawodu. zjadam siebie wyschniętymi ustami,
a słowa kanibali to szare chmury, tańczą nad rozpostartymi głowami,
dla niej potępienie – dla niego bezsenność.
skrawki śmierci kołysaniem wtłaczane pomiędzy ściany

i tyczka flisaka wbita po rękojeść w wodę, dodaj kłykcie
zbielałe od zaciskania pięści. potem drewno opada,
pęcznieje i pęka, rozkłada ramiona. o świcie,
gdy wracają ptaki nie odbija galar, nad nim zapach
gnijących truskawek. czekam tylko na zamyślone pisklę,
które ukołysze sny, uspokoi wzburzone fale.

minie ostatni dzień składania ofiar, asymetryczna gra
w poczuciu winy, gdy z ruin wypłyniemy pod klif.
a dalej już tylko lina rozpięta na oceanem.


WS

poniedziałek, 7 czerwca 2010

metamorfoza - Wojciech Szmigoń

szarpie pustka. wilgotny wiatr
bierze pod język rurki dzwonów, reanimuje
blaszane serca. milczysz

ukłuta kroplami deszczu i komarami.
pozwalasz patrzeć od zewnątrz, zamknięta
w kokonie. jesteś nocnym

tatuażem motyla na języku. w gorączce
wykluwasz się ze strąka fasoli, z kolanami
pod brodą, w wynajętych przeobrażeniach

zapamiętany ból.

Wojciech Szmigoń

środa, 26 maja 2010

KTOŚ ZUPEŁNIE INNY NIŻ JA - Artur Rogalski

Za bramą ogrodu
patrzę na kogoś zupełnie innego niż ja
a jednak na siebie

wokół
szepty i stłumione śmiechy

z kroplami deszczu
opadają na ziemię
rusałki
splatają włosy syren
z gałązkami krzaków
a płatki wirują w takt piosenki

on przechodzi obok kałuż
ostrożnie
aby nie zniweczyć
urokliwych ornamentów
tej przestrzeni
gdzie leniwy gest
przerywa bezruch
jak w kukiełkowym teatrzyku

władczynie strumieni
boginie rozdroży
królowe łąk i jezior
czuwajcie nad jego ścieżką

Artur Rogalski

niedziela, 23 maja 2010

EROTYK - Wojciech Szmigoń

Krople potu opuszczają Twoją twarz krętymi drogami
firanka rytmicznie poddaje się nieustępliwości wiatru
dzień pieści przechodniów utkanych ptasimi głosami
na brzegach rwących ulic toną w upale samochody
pulsują światła kierujących ruchem morskich latarń

Zderzenie i huk pękających emocji; rozsypane szkło
światło wdarło się głęboko w miękkie ciała karoserii
sztywnieją mięśnie ściśnięte nieuniknionym; rozkwita absolut
jęk świata mieszającego życie i śmierć w gorącym tyglu

Przez chwilę widziałam Twoje odbicie w moich oczach

Wojciech Szmigoń


wiersz z antologii "Rzeki epizodyczne"

sobota, 22 maja 2010

NIENAZYWALNE – Robert Konca

jestem mało nowoczesnym
producentem wierszy

obca mi jest
chirurgiczna precyzja
z jaką wyznawcy papieża lingwizmu
wykrawają obrazy świata
ze słów wcześniej już pociętych
jak wyroby gotowe w garmażerce

zamiast zabaw sylabami
słucham narracji przestrzeni
namiętnych szeptów Bogini
podziemnych spowiedzi przodków
w poczuciu wszechogarniającej obecności
tego co nienazywalne
i wiem że jestem twórcą
który nie dorasta
do swojego ułomnego dzieła

ale znam groby bezimienne
ukryte w paprociach

i cały drżę w nieubłaganym delirium
przyjmując inspirację
ostrzy pamięci

te rany czasem krwawią
wersami


Robert Konca

środa, 19 maja 2010

Z CZERWIENIĄ W TLE - Maria Kryńska-Szostak

"Cis przesyła mi ciemność - ciemność i milczenie."
(Sylvia Plath, "Księżyc i Cis")

"Umieranie jest sztuką tak jak wszystko
Jestem w niej mistrzem"
(S.Plath, "Kobieta Łazarz")


Malowała paznokcie czerwonym lakierem.
Związywała pukle włosów wstążką.
Stroiła się - jak mówią - na ostatnią godzinę.
Jeszcze nie dostrzegłam w kącikach jej oczu
samochodu - zabójcy, który w poniedziałek rano
rozetrze jej kruche ciało, jej biodro w falbankach,
jej czerwone paznokcie na wiór.

On przyniósł mi wtedy kapustę - dużą dorodną głowę.
Mówił, że nie warto, że mówią nieprawdę.
Kapusta długo leżała bez ruchu.
Pochowałam ją, po jego samobójczej śmierci.
Złożyłam jej blade ciało, uschłe włókna,
pod krzakiem czerwonej porzeczki.

Wtedy jej jeszcze nie znałam. Widziałam tylko
usypany grób. Wydobywała się z niego ręka i głowa
Chrystusa zerwanego z krzyża - krzyżyka zaledwie,
noszonego zazwyczaj na falującej oddechem piersi
uwięzionej w sukience czerwonej jak płatki róż.

Mówią że jej poezja zyskała na sile - gdy umarła.
Rozpękł się szklany klosz jej udręki.
Posypały się maki październikowe. Posypał się śnieg.
Nadciągnął wiatr i zatrząsł cyprysem
jakby strącić chciał księżyc jej zaciśniętej w pięść myśli...
Wtedy zdjęto pieczęcie z jej ciała.
Rozebrano słowo, ciało z ciała, krew z krwi.


Maria Kryńska-Szostak

niedziela, 16 maja 2010

"W czerwieni się zmieszczę" - Eliza Krawczuk



Eliza Krawczuk
"W czerwieni się zmieszczę"
Wydawca: RaSIL – Konfraternia Kozirynek
ISBN 978-83-927516-5-6
Format: 10,5x21 cm
Stron: 60
Cena: 10 zł
Księgarnia RaSILa

wtorek, 11 maja 2010

MODLITWA PO POSIŁKU - Karol Samsel

zjadłem cię dobry człowieku
a galilejczyk nie zstąpił z nieba
aby rąbkiem swej sukni porazić
światło które dziś połknąłem

jakże miękko mogłem w tobie zakosztować
jeden dzień żałoby wart jest więcej
niż wszystkie tancerki globe theatre
niż glina tańcząca dla pigmaliona

tak jakbym spalał pół papierosa
lub rósł jak strzałka wysokościomierza
płonę jak noc z cudzą gwiazdą w trzewiach
na fotografiach odrywam się od reszty

dziwne że sztukmistrz jeszcze nie przybył
w oknie wciąż leży jego garderoba
tunika znad jordanu parę śladów ciała
niech bóg mu przebaczy jego obojętność

nas już nie rozłączą nawet serafiny
cóż mogą duszyczki przeciwko zrostowi
zjadłem cię dobry zjadłem cię najlepszy
odszedłem od stołu i myślę o tobie

Karol Samsel

Warszawa, 9.04.2010 r.

niedziela, 9 maja 2010

Spowiedź Albrechta Dürera - Karol Samsel

Z cyklu: SOLILOKWIA

Przebacz mi, ojcze, popłoch, mówię we wzruszeniu,
spotkałem antychrysta na rynku w Bazylei,
fantom ubrany w ornat, pod wieczór w kościele
zdradził mi tajemnicę - umrę w zachwyceniu.

Szybko wyszedłem na skwer, zabity przez przestrzeń,
nicością otrupiały, w słońcu pinakotek
próbowałem się wieszać - pod gajem jak motyl
z trzepotem odrąbanym od skrzydeł na deszczu.

W jednej chwili pojąłem, że jestem mesjaszem,
tym z grawiur i z podmiejskich procesji złotników,
jestem grozą żelaza, Nazaret skrzydlatym,

tak powstał autoportret z ziaren i ogników,
rozplotłem włosy, ojcze, z wściekłością zatraty,
zalałem twarz werniksem i czekałem świtu.

Łeba, 6.08.2009r.

Karol Samsel

(Polecam blog autora: Państwo labiryntów)

sobota, 8 maja 2010

APOSTOŁOWIE- Karol Samsel

uczyli nas jak modlić się z pamięci:
w małych pancerzykach salek katechetycznych
słońce prześwietlało nasze różańce,
kładliśmy je na modlitewnikach
i myśleliśmy sobie, że właśnie tak
będą wyglądać kłębki naszych ciał,
gdy przedwcześnie osiągniemy starość.

nie znaliśmy jeszcze płócieni rubensa
ani karakonów modiglianiego
(może poza tymi z księgi kapłańskiej).
społeczeństwo nazywało nas
wydrążoną jaskinią czułości, ale my tylko
chcieliśmy mieć broń na czas gorączki
i armię alchemików na okres epidemii.

inkantacja dobrego pasterza służyła
w dniach smutku i odkształceń,
rota na cześć niepokalanej ratowała
przed pokusą znaną jako niepewność
świętego antoniego. w głębi serca
szkoda tych lat - miasta wchłaniały nas
jak kawałek drzazgi lub światło lasera.

dobry boże odratowali nas w ostatniej chwili.
kiedy wróciłeś na ziemię byliśmy już obmyci:
bez śladów walki składaliśmy ofiarę rybom na piasku.

2.12.2009r.

Karol Samsel

poniedziałek, 3 maja 2010

SONATA PETERSBURSKA - Karol Samsel

w cerkwi kosmy i damiana
stara petra wołodkinowa
(kobieta o rękach samobójcy
i ustach rosyjskiej tancerki)
z ikoną matki opiekuńczej
wsuniętą w rozdarty szynel
opłakuje swojego małżonka.

ciało dymitra jest już rozdzielone
na wiele promieni i stężeń.
biodra dymitra przypominają lato
w sankt-petersburgu (trudno w to
uwierzyć, ale wciąż są w nim
te wszystkie apteki oddalone
od newy na długość lekarstwa).

petra zmęczyła się długim grzebaniem:
marzy o dalekich wyspach sachalinu
i o mężczyźnie (piersi jak dwie hostie
rozpuszczone w krzyżmo), o którym
będzie mówić adonai intonując ruskie
hosanna. który nie umrze od razu
ani z pierwszym porażeniem wiatru.

dusza dymitra jest już oddana
rzece zdrajców i oskarżycieli.
głowa dymitra myśli o aktorkach
z teatru maryjskiego (jak wdzięcznie
tańczyłyby w wodzie przejrzałe niczym
liście herbaty lub kłącza serpentyny).
o śmierci, tak bardzo niefrasobliwa.

módlmy się za petrę,
gdy nicość ją pochłania
czarnym dymem korzenia
kosteczka po kosteczce.

módlmy się za dymitra,
gdy zaczyna płakać
z nogami splątanymi
trawą apokryfów.

27.02.2010r.

Karol Samsel

niedziela, 25 kwietnia 2010

MISTYFIKACJA - Grzegorz Przepiórka

Na kursie języka mistycznego
szkolarze siedzą w ławkach równo
ustawionych przez gorliwych woźnych.
Dukają modlitwy z katechizmów
wyblakłych pod upływem czasu.

Ich twarze nie zdradzają postępów
w gramatyce ekstatycznych wprawek.
Jedynie rytm poruszanych ust
burzy błogą harmonię bezwładu.

Zbiór neologizmów zapisano
w plikoindeksie słów zakazanych,
by uchronić ich świętość prawideł
od świadomych zapędów herezji.

Odwykli od emfazy lektorzy
wahadłowym potakiwaniem
szczepią im pedanterię interpunkcji,
halucynogenny wertykalizm.

Jedni drugim wydali na pastwę,
mimo absolutnej liczby idiomów
pomnożonych płynnością znaczeń,
ćwiczą się w rozmówkach bosko-ludzkich.

Grzegorz Przepiórka


(wiersz opublikowany w Siedleckim Niereguralniku Literackim, nr 3/11)

sobota, 24 kwietnia 2010

REFRAKCJA OKA - Wojciech Szmigoń

gdy w pokoju cisza napotyka ciemność - rozpada się
na okruchy. wyglądające jak małe, niebieskie motyle, wędrujące
pod powiekami pyłki, które powoli układają się w plamy.
czasem wydaje się, że wykonując obrót nabierają realnych kształtów.
jak wtedy, gdy na chwilę pojawia się smutna głowa demona, albo dryfuje
sylwetka kobiety. i wciąż stoi tam w deszczu bez parasola, kiedy mój wzrok
powieszony na błonie powiek widzi inaczej, a światło czeka na oswojenie.

Wojciech Szmigoń

KROPLA - Wojciech Szmigoń

jeszcze jest kształtem, kolejną, zwykłą kroplą, zatrzymaną
ponad powierzchnią płynu. odrywa ułamki sekund, gdy czas
załamuje się pod napiętą błoną. odbija zdeformowany obraz świata.
wilgotne ciało klęka wśród białych ścian, nieruchomieje.
pod powierzchnią zwilżaną sztucznym światłem
porusza się i spada w uniesieniu, rytmicznie wybucha w twarz.

Wojciech Szmigoń

MITOCHONDRIA - Wojciech Szmigoń

jesteś najbliżej
oka, w nim zaburzasz widzenie.
zdradzasz się, gdy głos wypełnia przestrzeń
znajdujesz pretekst,
otwierasz drzwi symbolizują wahanie.
zanim powiesz co zrobiłaś, wsuwam
ci palec do ust. zawiązujesz oczy,
nie rozumiem - tylko się nie broń,
oddychaj.

Wojciech Szmigoń

środa, 14 kwietnia 2010

DROGA - SEN O ZBIGNIEWIE HERBERCIE - Robert Konca

Zasnąłem w fotelu
Czekając na burzę

Kiedy się obudziłem
Siedziałeś przy stole
Z dobrotliwym wyrazem twarzy
Starego mistrza
Który już wie
Że życie i śmierć
Są jak światłoczułe detale
Tego samego obrazu
Widoczne albo ukryte
W zależności od mocy blasku oczu
Obserwatora

Kiedy Dionizos rozlewał wino do kieliszków
Powiedziałeś z uśmiechem:
Droga mędrca
Nie jest drogą ku dobru
Ważne jest jednak
Aby rzeczy nazwać po imieniu
Gdy większość dla swej wygody
Karmi się kłamstwem

Wypiliśmy wino
I nagle huk grzmotu
Obudził mnie po raz drugi

Ciebie już nie było
Burza śpiewała epilog
Żarówka zgasła

Między strunami błyskawic
Ujrzałem drogę

Robert Konca


(wiersz opublikowany w kwartalniku kulturalnym "Kozirynek", nr VI/2008)

sobota, 10 kwietnia 2010

KAMIEŃ Z ROSETTY - Artur Rogalski

dziękuję za alfabet
rozsypane litery
z których pomogłeś ułożyć słowa
mój mistrzu Zbigniewie

przed Tobą
to były tylko znaki
nieczytelne
jak obrazki hieroglifów
choć zawierające
niewyraźną obietnicę
odkryć i przygód

Twoja opowieść
jak klucz do szyfru
jak czarny kamień z Rosetty
nadała sens nieznanemu

jeszcze żyłeś
kiedy próbowałem
wejść do tej samej rzeki
odszedłeś
zostałem na dalekim brzegu
jak w koszmarnym śnie
w którym oddalają się bliscy
a my zamieramy w bezruchu
choć tak bardzo chce się biec
krzyczeć zatrzymać

dawniej
podobało mi się
Nie
z Przesłania Pana C.
dziś coraz dłużej
coraz uważniej
patrzę na marginesy
Twoich podróżnych dzienników
tam gdzie pozostały rysunki

ich najbardziej
niewidoczny
niespodziewany
mieszkaniec
wydrapuję
w przestrzeni papieru
niezdarny hołd
dla katedry
modułu
i cyfry

gromady moich liter
śmieszne jak
paleolityczni wojownicy
którzy zastygli na ścianie jaskini
w nieporadnej pogoni za mamutem
dużym wyraźnym
znaczeniem

a chciałabym muskać
płótno kartki
światłocieniem wrażeń
jak Giorgione
jak Terborch
jak Ty

na szczęście wiem
że słów nie należy sądzić
palić z mocy fałszywych wyroków
na małych rzecznych wyspach w
centrum miasta
i bez tego bezlitosny trybunał
wszechświata
wydał orzeczenie
wszystkie znaki tej ziemi
mają zniknąć
za ileś tam lat

Twoje litery też wyblakną
jak kolory kolumn
i posągów
ale pozostanie marmur znaczeń
horyzont tajemnicy
przesłonięty
burzową chmurą

a wśród labiryntu podziękowań
wyrytych na cokole
posągu
moja niewyraźna
fraza zachwytu barbarzyńcy:
byłem tu A.R.

Artur Rogalski


(wiersz opublikowany w kwartalniku kulturalnym Kozirynek, nr VI/2008)

czwartek, 1 kwietnia 2010

HOLOGRAMY - Robert Konca

popsuł mi się wzrok
od patrzenia na codzienność

szklane wieże miasta
i tekturowe slumsy
wyglądają jak plama atomów
które nagle wytrącono z orbit

twarze morderców i zabijanych
są jednym mglistym obliczem
którego szukam w lustrze
aby nas zrozumieć

i tylko w dali
za przeczuciem horyzontu
gdzie żelazne więzienie realności
ulega odwiecznej korozji nadziei
coraz wyraźniej dostrzegam blask
jak widzi się obietnicę światła
w lekko uchylonych drzwiach

jakby z rany
którą zadaliśmy światu
zamiast krwi wypływały
świetliste hologramy
niosące bolesny depozyt
naszej cywilizacji
ku niezasłużonemu
zbawieniu

Robert Konca

środa, 31 marca 2010

*** - Artur Rogalski

anonimowemu więźniowi GUŁAG-u

na początku
był rząd liter na białej karcie

potem reakcje organizmu
na ujemne czynniki
wewnętrzne i zewnętrzne

w końcu najgorsze ze wszystkiego
przyzwyczajenie
i ciągły koszmar niewiedzy

skradzione życie
wyrzucono poza granicę
wszystkich archipelagów
mały okruch
wieży Babel

to tu

to tam


Artur Rogalski

(wiersz opublikowany w kwartalniku kulturalnym Kozirynek, nr VII/2009)

wtorek, 30 marca 2010

Qoyllor Rit'i - Maria Kryńska-Szostak

rzeki płynące
wschód światła w świętym lodzie
wędrówka w górę


Maria Kryńska-Szostak

(utwór opublikowany w kwartalniku kulturalnym Kozirynek, nr X/2009)

sobota, 27 marca 2010

BAJKA - Dariusz Adamowski

Gdzie jest miejsce na wiersz? Nie zapiszemy
białych kartek. I stanie się zima. Chłód
dotknie tkanek i utka sieć z wszystkiego co żyło.
Połączy ściętą krew ssaka i martwe oko ryby
w jeden collage.

Rozjarzy się, co było ciemne
i już nie zgaśnie. Utonie, co miało się unosić.
Wyblaknie, co było zapisane.

Natchnienie jest jak oddech na mrozie. Dusza
ptaka odlatująca do zimnych krajów.

Dariusz Adamowski

(wiersz opublikowany również na zeszytypoetyckie.pl

piątek, 26 marca 2010

WIERNA LIPA W BENIOWEJ - Wojciech Szmigoń

Tutaj w Bukowcu
zaczyna się droga
sacrum et profanum

Ktoś napisał
przyszedłem tylko po Zbawienie
chyba kredą

Na utraconych ścieżkach
niewidzialnego świata
oczom na przeciw
wychodzą

Świadectwa
z przycerkiewnego cmentarza
wysiedlona tradycja

A raz do roku
podobno w czerwcu
Archanioł Michał modli się
za dusze mieszkańców

Wieś Benedykta od młynów
dziwnie nieistniejąca
pierwszym światłem utkana
z wrażeń

Fragmenty kamiennych
opowieści
poświęcony nóż
porozrzucane kwiaty

Nad ziemią Beniowej
wciąż czuwa zbójnik
Ołeksy Dobosz
gdy wierna Lipa patrzy
głębiej

W otwartą przestrzeń
odkrywanej głuszy
czas iść

Przez zapomnienie
zapachem pokrzyw
jak tęsknotą

Wojciech Szmigoń


(wiersz opublikowany w piśmie Kozirynek, nr VIII/2009)

środa, 24 marca 2010

SYBERIA - Robert Konca

miałem sen

moja babcia
która umarła
w dziewięćdziesiątym drugim
i mój ojciec
który ją wyprzedził
w siedemdziesiątym trzecim
siedzieli za kulisami teatru
w pięknym mieście Krasnojarsk

stałem zaplatany
w kurtynę między światami

ojciec się nie odzywał
pił wódkę
próbując spojrzeć
w rozbiegane oczy czasu
po czym zniknął

zbyt mało zostawił mi wspomnień
aby się śnić

a więc wróciłaś, babciu
do ziemi swych urodzin
do bezkresnych dorzeczy
tęsknoty i chłodu
gdzie przerażającym pięknem Syberii
zachłysnęło się tylu naszych
pozostawiając osad imion i modlitw
na ścianach baraków -
zanim zniknęli w śmiertelnym zachwycie
jak cienie w obrazie świata,
punkty osobliwe
na osi współrzędnych imperium
pierwotnie istniejące w zamyśle twórcy
lecz później w ostatecznym przejawie
ekspresji
zabrakło dla nich miejsca w perspektywie

jako dziecko
uciekałaś stamtąd szczęśliwa
do na wpół mistycznej Polski
ale nigdy nie mogłaś przywyknąć
do zbyt łagodnych zim
i ciasnych odległości
Podlasia i Wileńszczyzny

z Krasnojarska do twego domu
na skraju tajgi
jest dwieście wiorst
to odległość
którą teraz przebywamy
w ciągu najmniejszej jednostki czasu
obowiązującej w moim śnie
i twojej wieczności

już układasz syberyjskiego pasjansa
zwanego katorżniakiem
czekając cierpliwie
aż twój ojciec wróci
z polowania na astralne niedźwiedzie

po drodze pewnie ustawi troskliwie
na szerokich torach magistrali
wykolejoną lokomotywę

i tylko mój ojciec nie potrafi odnaleźć
drogi do domu
choć może wraz ze mną
usiłuje cię teraz dostrzec
przez oniryczne szkice mrozu
na szybie okna,
a dziadek Heniek
szlachetny ateista
któremu w osiemdziesiątym drugim
dosłownie pękło serce
uśmiecha się z zakłopotaniem
przenikając przez drzwi
święcie przekonany
że śni

Robert Konca

(wiersz opublikowany w Kwartalniku Kulturalnym Kozirynek, nr IX/ 2009)

wtorek, 23 marca 2010

*** - Wojciech Szmigoń

ten pan jest ci bliski. naprawdę
niepotrzebny. przestrzeń
zamknięta w oparach ogórkowej.
brudna bielizna. czas trochę z boku.
trochę w cieniu owoce.

już nie takie zielone. nie kwaśne.
masturbacja nie wystarcza żonom
policjantów czy kolejarzy.

wyjdziemy dziś razem. tylko do
pierwszego znaku: stop. za to
w sobotę działka. nie odejdziesz
bo masz dziecko. tajemnicę starości.

Wojciech Szmigoń


(wiersz opublikowany w Kwartalniku Kulturalnym Kozirynek, nr X/2009)

sobota, 20 marca 2010

X BŁĘKITY. PERŁA VERMEERA - Eliza Krawczuk

w tej perle ukrył
nieme pragnienia
dotyk rozkwitły
pocałunek wpatrzony tylko

utrwalił ja
by patrzeć
tyle chociaż
nasycić oczy
jak jej usta drącym karminem
namalować w jej rzęsach
taniec wieczoru i poranka

by słyszeć
gdy znużony wypije
ostatnią kroplę terpentyny

że ona rozgryza
skorupkę perły

Eliza Krawczuk

(wiersz opublikowany w kwartalniku kulturalnym Kozirynek, nr X/2009)

poniedziałek, 15 marca 2010

NIEPRZECZYTANE - Artur Rogalski

wiersze najlepiej
zabijać zimą

wiosną i latem
trochę słońca
trochę ciała dziewczyny z naprzeciwka
trochę kolorów
twórcza niemoc
słowa wirują
w powietrzu bez lęku
dzięki kształtom i ochronnym barwom
niewidoczne w plątaninie róż i jaśminu

zima
sprzyja ostatecznym rozwiązaniom
ślady zwrotek na śniegu
są tak dobrze widoczne

zimą
literom trudno
obronić się przed pułapkami
aby żyć potrzebują światła
mrok odbiera im siły

w końcu ostrożnie wchodzą na kartkę
zwabione z przestrzeni
obietnicami aplauzu
długowieczności pomiędzy wygodnymi okładkami
wydaje się że to już tak blisko

szeregi
zastygają w oczekiwaniu
na spełnienie

lecz po chwili
bezgłośny wrzask
zdań
kiedy dobrotliwy autor
bóg ojciec opiekun
zgniata kolejny transport metafor
w dłoni
i kieruje kroki w stronę
krematorium z białych kafelków

*

zimą
ptaki wydziobują
resztki słów
ze śniegu

Artur Rogalski

sobota, 13 marca 2010

ODYSEJA. LIST. - Adam Świć

Mariolu! Stoję już piaty dzień na granicy. Nudno jak cholera. Kupiłem sobie dziś w kiosku parę zeszytów z komiksami i czytam. W jednym była historia takiego rycerza - Odysa, co to wracał przez parę lat z wojny i nie mógł wrócić. I, jak Boga kocham, jakbym siebie widział! A jego żona, Penelopa, czekała w domu obstawionym gachami i się, wiesz Mariolka, nie załamała.Silny charakter miała, całkiem jak Ty. A i on był twardy, chociaż go różne boginki i czarodziejki kusiły. Tutejsze mają po piętnaście lat i chodzą wymalowane jak stare miasto. Już prawie dziesięć dni jadę z tej Turcji. Kumple to już się w ogóle w świnie zamienili i chleją na umór. wiesz, jakieś chamidło wybiło mi prawy reflektor w moim tirze i się wkurzam, bo nie ma części. Ten Odys też się męczył z olbrzymem z jednym okiem. Śmieszne, co? Na dodatek po trasie dwóch celników się do mnie przyczepiło. Normalnie potwory jakieś. Nic mi się w tej drodze nie udaje, jakby ktoś celowo przeszkadzał. Ale niedługo będę w domu i, bez żartów, lepiej żebym nikogo w szafie nie znalazł, bo zabiję. Tyle mnie nie było, że nie wiem, czy chałupę poznam. Nigdy już nie biorę trasy z koniną w puszkach, bo to pechowy towar. Tęsknię. Ucałuj Tomka. Marian.

Adam Świć

(miniatura opublikowana w kwartalniku kulturalnym Kozirynek, nr II/2007)

czwartek, 11 marca 2010

ŻEGLUGA PROMOWA PO RZECY STYKS - Robert Konca

Ci których nazywamy umarłymi
Nie umierają w istocie, oni
Tylko przez chwilę są tu nieobecni

Potem chodzą wśród nas choć nie słychać kroków
Patrzą jak zapominamy pogrążeni w sobie
I nie zauważamy ich powrotu

Myślimy że na zawsze odchodzą
A oni nie zaprzestając swoich poszukiwań
Przekonawszy się że poza tą przestrzenią

Nie ma dla nich niczego lepszego
Pokornie wracają jałową pamięcią ...
Być może później w innym wyciągają miejscu

Swój los, być może obrany na nowo
Cel przeciwną rozjaśnią stronę nieba
Lecz Przewoźnik łapczywie inkasując obol

Ma rozkaz długo kluczyć wśród nurtu rzecznego
I wszystkim pasażerom bez względu na profesję
Mówić że widzi ich dopiero po raz pierwszy

Robert Konca

(wiersz opublikowany w kwartalniku kulturalnym Kozirynek, nr II/2007)

niedziela, 7 marca 2010

DOM - Artur Rogalski

"(...) Brzęczące szyny w mroku za plecami i mocne światło księżyca. Preludium. Patrzę w świetlistą kulę otoczoną pyłem blasku. Teraz, gdy stoję na moście pomiędzy dniem a nocą, wszystkie zmysły nabierają niezwykłej ostrości. Słyszę głosy ludzi z pociągu jadącego dobre kilkanaście kilometrów od zardzewiałej huśtawki, na której siedzę, słyszę stukot ich myśli. Wdycham wszechświat w głąb płuc. Czuję woń każdej z osobna sosnowej belki, gwiazdy czy źdźbła trawy. I jeszcze przenikający wszystko swojski smrodek gnojówki. Rozpędzone gamy zapachów drążą w mózgu wąskie korytarze, po czym zamykają się w nich. Kto wie, na jak długo - dzień, miesiąc, rok... czy może już do końca? (...)" - Dom (fragment), Artur Rogalski

Kozirynek, nr I/2007

środa, 3 marca 2010

WYŻ - Dariusz Adamowski

Minus dziesięć, minus dwadzieścia - medytuje
nad nami wyż. Chce przeniknąć czoła, czaszki.
Chce wiedzieć. Tak naprawdę nie ma tam nic.

Trochę więcej powietrza. Niebo się wygładza,
a z wnętrza kosmosu przebija czysty granat.
Twoja zgubiona soczewka patrzy sama. Widzi.

Dariusz Adamowski

niedziela, 28 lutego 2010

KOJĄCE OFFLINE - Dariusz Magier

"Kojące offline to oczywiście nie zamykanie się przed wszystkim, co nowe.
Wbrew naszym czarnym wizjom poza kulturą masową istnieje jeszcze życie. I są też jego przejawy, choć trzeba niekiedy trochę więcej wysiłku, by się do nich dokopać przez warstwy śmiecia i informacyjnego szlamu. Offline to tama przed szlamem, przed zalewem informacji dezaktualizującej się szybciej niż okres krzepnienia superglue, przed infantylizmem i intelektualną prowincją z trudem wegetujacą pod grubą warstwą żelu. Ten limes nalezy utrzymać, te mury nie runą, nie obawiajmy się, bardowie żenady nie mają charyzmy Jacka Kaczmarskiego"
(fragment felietonu Prowincja intelektualna, Dariusz Magier, Kozirynek, nr I/2007)

sobota, 27 lutego 2010

WAŁBRZYCH - Robert Konca

Wieczór nad placem Grunwaldzkim
Otwiera się jak mięsożerny kwiat
I pękają pod nogami lustra
Nieświeżych kałuż

Chmury i ognisty dym
Z miejscowych kuźni Mordoru
Falują jak fryzury popiołu
Uderzane przez wiatr
Znad zachodniego oceanu

Odurzeni siarką łowcy
Polują z bezinteresowną agresją
Na kamiennej sawannie Starego Zdroju
I nie pomogły tybetańskie relikwie
Ukryte na górze Chełmiec

Stróże prawa i sprawiedliwości
Nie mają tu już czego pilnować
Nasłuchują z bezpiecznej odległości
Jak z hukiem zamykają się okna
Oblężonych ludzi

Robert Konca


(Kozirynek, nr I/2007)

Google+ Followers

Obserwatorzy

z cyklu "Twarze greckie"

z cyklu "Twarze greckie"
Iza Staręga
statystyka